Za 4 złote do Raju

Tzw. „długie weekendy” stały się naszą nową, świecką tradycją. Wielu zastanawia się wtedy, gdzie pojechać, bo czasu niby wiele, ale na dalekie, egzotyczne wojażowanie jednak za mało. Zatem najlepiej gdzieś blisko i żeby było możliwie niedrogo. „A może by tak do Raju?” – zaproponowali Znajomi. No cóż, na początku wydawało mi się to niesmacznym żartem, bo powszechnie przecież wiadomo, że aby się tam dostać, oprócz nieskazitelnego żywota trzeba się także legitymować jego … zakończeniem, a ta perspektywa póki co nie bardzo mnie pociąga. „Nie, nie, chodzi o Raj na Słowacji” – pospieszyli z wyjaśnieniem. Na Słowacji? Czemu nie?! Odległość w sam raz, kilka dni w zupełności wystarczy, pieniędzy pewnie też. W takim razie – do Raju !

Słowacki Spisz pełen jest urokliwych wiosek i miasteczek, których historia sięga bardzo często Średniowiecza (miłośnicy późnego gotyku będą tu mieli swój osobny raj). Niestety, oprócz gór otaczają je często blokowiska, których wątpliwą urodę znamy i my. Tu jednak rażą podwójnie, bo swoimi kształtami nie przystają ani do górskiego pejzażu, ani do starszego o kilkaset lat rodzeństwa – ani z jednym, ani z drugim nie nawiązują żadnego dialogu, po prostu się kłócą. Ot, jeszcze jedna, pozostawiona pewnie na długo, pamiątka po socjalizmie (oby nigdy nie przeżył swojego renesansu!). Od XIII wieku Spisz należał do Korony Węgierskiej, ale przez 357 lat (1412-1769) dochody, pochodzące z 13 tutejszych miast i 15 wsi wędrowały do … Polski, bo Władysław Jagiełło otrzymał je jako zastaw pod pożyczkę, której udzielił Zygmuntowi Luksemburskiemu. Pieniądze (37 tys. kop groszy praskich, potrzebnych temu ostatniemu na wojny z Wenecją) przekazane zostały na zamku w Niedzicy (ówcześnie pod panowaniem węgierskim) i tylko tam miały zostać zwrócone. Tak się jednak nigdy nie stało, bo strona polska dość sprytnie (i długo) unikała rozmów na ten temat, zasłaniając się względami formalnymi. Kres owej historycznej ciuciubabce położył dopiero rozbiór Polski. Spisz przeżywał okres prosperity po najazdach tatarskich, do czego w znacznej mierze przyczynili się osadnicy z zachodu, Sasi – handlowano głównie z Polską, choć dochodowe okazało się także wydobywanie rud. Po okresie stagnacji i wielu zaniedbań (jest tu najniższy na Słowacji odsetek ludzi wykształconych), szczególnie z 200 ostatnich lat, Spisz ma znów szansę zabłysnąć – zabytkom przywraca się urodę, w nadziei na przyciągnięcie coraz większej rzeszy turystów, nie tylko tych z Polski czy Niemiec. Coś, co mogłoby także stanowić atrakcję tego regionu, Romowie (stanowią około 7% tutejszej ludności), ciągle nią nie jest z powodu wzajemnych uprzedzeń. Wielu z nich emigruje, choć Unia Europejska stara się temu zapobiegać i dotuje budowę romskich osiedli, które niestety szybko popadają w ruinę. Szkoda, że tak się dzieje, bo przecież to właśnie różnorodność jest bogactwem, swoistym kapitałem początkowym każdego kraju. Odrodzenie przeżywa tu z kolei kościół prawosławny – w wielu miejscowościach widzi się nowo wybudowane, pokaźnych rozmiarów cerkwie. O tym, że idea współistnienia wielu kultur ma jednak na tym obszarze długą tradycję może zaświadczyć choćby wygląd kościoła ewangelickiego w Kieżmarku (tzw. Nowy) – autor projektu, Teofil von Hansen, połączył w budowli elementy greckiej bazyliki, meczetu i synagogi (mnie jednak do gustu przypadł tzw. Stary – drewniana, modrzewiowo-cisowa świątynia na planie greckiego krzyża, zbudowana na początku XVIII wieku bez używania gwoździ; w jej pachnącym, pokrytym malowidłami wnętrzu może zasiąść przeszło półtora tysiąca wiernych). Nazwa samej miejscowości wywodzi się zapewne od serowych jarmarków (käse markt); zapiekany ser jest tu i dziś bardzo popularną potrawą – rzeczywiście, w złocistej panierce, z dodatkiem sosu tatarskiego smakuje wybornie! Przed deserem (choćby strudlem) gardło można przepłukać Złotym Bażantem, albo cofolą (”ziołowa” cola – dla amatorów picia płynu do mycia szyb). Tutejsze wina nie należą do najgorszych, ale z całą pewnością nie jest to mistrzostwo świata. Czas jednak znów pomyśleć o strawie bardziej duchowej – polecam buszowanie po tutejszych starówkach. Cechą, która wyróżnia wiele z nich jest wrzecionowaty charakter rynków. Największy zobaczymy w Spiskiej Nowej Wsi, gdzie można także wdrapać się na najwyższą na Słowacji wieżę kościelną  (86 m). Rynek otaczają dwie ulice, o jakże uroczych nazwach – Zimná i Letná. Miejscowość stara się wabić turystów coraz większą ilością festiwali, szczególnie w okresie lata – mamy tu więc festiwal teatralny, orkiestr dętych, szermierki historycznej, Rusinów, Łemków…

Inną osadą z wrzecionowatym rynkiem jest Spišska Sobota (dziś część Popradu) – z pewnością była zamożnym miastem, skoro stać je było na wybudowanie wodociągu, a nawet łaźni. No i może poszczycić się jednym z dzieł Mistrza Pawła z Lewoczy – w kościele św. Jerzego zachował się konny posąg patrona świątyni. A kim był Mistrz Paweł? Nie znamy bliżej pochodzenia tego genialnego rzeźbiarza (Niemiec? Włoch? Polak?), kolegi Wita Stwosza (utrzymywał z Krakowem ożywione kontakty). To, co jednak po nim pozostało, zaliczane jest dziś do wspaniałych przykładów sztuki późnego gotyku. Mistrz nie żył jednak samą sztuką – nie gardził handlem, produkował wino, zasiadał w miejskiej radzie. Gdyby nie owa gotycka „szufladka”, można by powiedzieć – człowiek renesansu (a miał jeszcze czas przygruchać sobie żoneczkę, młodszą od niego o… 20 lat i spłodzić sześcioro dzieci, choć w tamtych czasach nie była to liczba specjalnie imponująca). Starówka w Lewoczy (Levoča), z której pochodził, do dziś otoczona jest pokaźnymi murami obronnymi. Strzegą m.in. największej gotyckiej świątyni na Spiszu – kościoła św. Jakuba (prawdziwa skarbnica pawłowych ołtarzy). Niedaleko niej stoi tzw. klatka hańby z 1500 r. – tak ówcześnie karano występne białogłowy. Bliźniaczej, ale dla nas, męskich szowinistów, nie znalazłem (fakt, równouprawnienie było jeszcze wtedy w powijakach). Skoro o murach mowa – największe wrażenie zrobiły na mnie te, otaczające Zamek Spiski i to mimo faktu, że ta rozciągająca się na obszarze aż 4 ha budowla to głównie ruina. Ale jaka ruina! Doceniło ją nawet UNESCO, wpisując w 1993 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury. Innym, ważnym miejscem historycznym jest Spiska kapituła. To warowne miasteczko bardzo często nazywane jest słowackim Watykanem. Stojąca na wzgórzu, pierwotnie romańska, katedra św. Marcina chroni w swoich wnętrzach aż osiem gotyckich ołtarzy (a było ich w sumie trzynaście), piękne epitafia i nagrobki. Historia odcisnęła tu także swój nowszy znak – w budynkach seminaryjnych, w latach 1950-1990, działała szkoła dla … agentów bezpieki.

Stąd warto przejść się np. na Siwą Brodę, trawertynowe wzgórze, gdzie na własne oczy możemy zobaczyć proces powstawania tych delikatnych, białych formacji skalanych – powstają dzięki osadzaniu się związków wapnia, zawartych w wodzie, tryskającej niczym gejzery. Z kolei na wzgórzu Drevenik trawertyn tworzy dwie, popularne wśród wspinaczy, formacje – „Piekło” i „Raj”. Właśnie, właśnie, przecież ja tu przyjechałem do Raju! Choć wszystko, co widziałem do tej pory było niezwykle urocze, prawdziwy, środkowoeuropejski Eden dopiero mnie czekał.

Słowacki Raj – nie bez przyczyny uważany jest za jeden z najpiękniejszych parków narodowych na naszym kontynencie. Choć Słowackie Rudawy to nie Himalaje (najwyższy szczyt – Hawrania Skała, 1153 m.n.pm.), to jednak ów wapienny płaskowyż poryty jest dolinami i kanionami takiej urody, że cztery złote wstępu do tej krainy górskich rozkoszy to prawdziwy policzek, wymierzony jego urodzie. Jednak z miejsca trzeba przestrzec – kto cierpi na lęk wysokości, niech lepiej zostanie w domu. Na pewno, oprócz podstawowego sprzętu do górskich włóczęg, trzeba także zaopatrzyć się w zmysł równowagi i bardzo przyczepne buty – chodzić będziemy po terenie często bardzo śliskim, powalonych pniach drzew, chybotliwych kamieniach, wspinać się trzeba po wielometrowych, często ustawionych prawie pionowo drabinkach. Niestety, niektóre drewniane ułatwienia są już zmurszałe i trzeba bacznie patrzeć pod nogi (łańcuchy też czasami wydaje się, że są bliskie „wyskoczenia” ze skał). Do tego wszystkiego wiszące mostki i stupački – wąskie, metalowe ruszta, wbite w pionowe skały, najczęściej kilkanaście metrów nad huczącą w dole rzeką. Niezwykłych wrażeń dostarczy nam zarówno bardziej odrabinkowany szlak doliną Suchej Beli i potem w dół przełomem Hornadu, jak i bardziej dziki, doliną Wielkiego Sokoła. „Jaskiniowcy”  z całą pewnością nie pominą lodowej Jaskini Dobrzyńskiej – choć udostępnia się 475 metrów korytarzy, to ich całkowita długość przekracza 1200 metrów!

Tak, to prawdziwy raj na ziemi, ogród wielorakich rozkoszy, który tak oto, w języku „polskim” zachwala broszura, reklamująca jedną z chat, w której zatrzymałem się na posiłek:

„… jest swoją pozycją dobrym punktem wyjściowym do wąwozów raja Słowackiego, przez przełom rzeki Tornad na Klasztorisko i tak samo do doliny Wielkiej Białej wody na Blazlach czyli Kopanec. Oprócz możliwości turystyki letniej i zimowej oferuje różne outdoorowe aktywności od pełzania zimą i latem, przez kolarstwo górskie, jeżdżenie na nartach, skialpinizmus, połów ryb, spławianie rzek aż po kawalerię”.

I jak tu nie kochać naszych braci Słowaków?!

PS.

W drodze powrotnej zahaczyłem o Czerwony Klasztor – miejsce, które rozsławił braciszek Cyprian, któremu już w XVIII wieku zamarzyło się … latanie i który dzięki swoim próbom wzniesienia się w powietrze na skonstruowanej przez siebie machinie przezwany został latającym mnichem. Widać bliskość Raju mu nie wystarczała i chciał czym prędzej do nieba… 

Możliwość komentowania jest wyłączona.