Widziałem boga

Przylepiony do okienka, pochłaniam miliony świateł pod brzuchem samolotu, który kończąc nocny lot na trasie Moskwa-Bombaj, powoli zanurza się w roziskrzonym, miejskim labiryncie.

Chwilę potem drugi widok wyrwa to trwające jeszcze rozmarzenie z korzeniami i powstałą dziurę zalewa smrodliwą ropą, która zaczęła się sączyć spod widzianych z góry świateł: cała trasa z lotniska na dworzec kolejowy usłana jest ludzkimi ciałami, które, półnagie, leżą gdzie popadnie i w czym popadnie – w kartonach, blasze falistej, bekach, pod szmatami udającymi daszki namiotów, w szmatach niczego już nieudających, pod mostami, wiaduktami, w rikszach, na platformach z wielkimi kołami, chodniku, żółtej trawie, byle gdzie. Różowe światło poranka, z trudem przebijające się przez cuchnącą zawiesinę, uruchamia powoli to wielkie, ludzkie mrowisko, z którego większość nigdy nie znajdzie wyjścia. Trudno takie rzeczy fotografować. Pierwszy odruch to rozdziawienie oczu i zamurowanie. Przecież się wiedziało, słyszało, było przygotowanym! A teraz oko w oko, nos w nos, dotyk w dotyk. Przystajesz, ale nie wiesz, jaka reakcja byłaby na miejscu. Chciałbyś pomóc. Ale jak? Któremu z nich? Tylko chwilę stoisz bezradny, bo zanim się obejrzysz jedziesz już z roześmianym riksiarzem, którego  nie obchodzi, czy ciebie obchodzi.

Po 20 godzinach jazdy w długim, ponurym cielsku pociągu wysiadam wreszcie na małej, śpiącej jeszcze stacyjce Dharmavaram. Czekanie. Gdzieś zza horyzontu powinien się za chwilę wyłonić autobus, który zabierze mnie do Puttaparthi. Powinien… Czekanie to jedna z tych rzeczy, do których najlepiej przywyknąć tu od samego początku i nie tracić energii na jakiekolwiek interwencje. Nic nie dadzą. Zatem czekam cierpliwie. Wreszcie jest. To znaczy tak mi się wydawało, sądząc po reakcji tubylców na widok szarawej chmury pyłu zmieszanej z kłębami spalin, która zakotłowała się daleko przed nami. Faktycznie – jedzie! I choć to coś wydawało się być świeżo wydobyte z jakiegoś złomowiska,  posuwało się dziarsko do przodu.

Najlepiej dać się ponieść fali tych pozornie rozleniwionych ludzi, niech nas sama wtłoczy do środka. Maniery? Watro je mieć na podorędziu, ale nie zawsze zdąży się z nich skorzystać.

Z twarzą, przyciśniętą przez ciągle napierający tłum, do brązowej od zacieków szyby, ruszyłem w końcu podbijać okoliczny ląd, samemu też będąc podbijanym i obijanym.

Mijam budzące się do życia wioski z chatami o wyplatanych ścianach i dachach, betonowe, mieszkalne klocki pomazane krzykliwymi reklamami zachodnich koncernów, sklepiki z mydłem i powidłem, garkuchnie, przydrożne świątynie z dymiącymi już laseczkami kadzideł, turbany, kolorowe sari, połatane dżinsy, brody, dredy, stojących, siedzących, leżących, zapachy i smrody. Mimo potwornego zmęczenia nie śpię. Nie chcę niczego przegapić. Zresztą sen i tak przegrałby w starciu z wiecznie wyjącym klaksonem.

Wreszcie Puttaparthi. Po jednej i po drugiej stronie drogi obrotni hindusi pootwierali już  skromne sklepiki, księgarenki, zakłady krawieckie. Krowy rozpoczęły swój codzienny rytuał szwędania,  żebracy w pełnej gotowości stawili się na swoich stanowiskach. Przed oczami migają mi dziesiątki bóstw, wyniesionych na ołtarze sklepowych półek. Widać, jak świat długi i szeroki, lubimy, czy też bardziej – musimy rozmieniać TAJEMNICĘ na bardziej mieszczące się w kieszeniach naszej wyobraźni, drobne.

Aszram, w którym mieszka bóg, chroni wysoki mur, od strony ulicy oblepiony  dziesiątkami straganów i kobiet. Siedzą wprost na ziemi i nanizują na sznurki płatki kwiatów. Za  kilka rupii można je zawiesić na szyi któregoś z licznych tu bogów. To objaw szacunku, albo sygnał, że mamy do któregoś z nich jakiś interes.

Za bramą – cisza i spokój oraz, w co trudno chwilami uwierzyć … porządek. Jednak wierzę. Tak samo, jak w to, że w obecności boga nic złego nie może mi się przecież stać i piję wodę prosto z aszramowych pomp (choć najpierw upewniam się, czy rzeczywiście trafia tu wprost z górskich strumieni, bo przecież Baba, jak każdy bóg, najchętniej strzeże tych, którzy go w tym wyręczają). Trzeba tylko wlewać ją sobie do ust z pewnej wysokości, bo jeden kubek obsługuje wszystkich, czyli jakieś tysiąc osób.

Okno mojego pokoju wychodzi na pole ryżowe, a dokładniej na coś, co najpierw było błotnistą mazią, w której brnęły woły i oracze, a dopiero potem soczyście się zazieleniło. Pierwszej nocy wyszedłem na dach i leżałem pod granatową kopułą nieba, zastanawiając się, co mnie tu przygnało. Dochodzę do wniosku, że jedynie ciekawość, bo religie traktuję jak elementy puzzla – dodawane jeden do drugiego składają się na obraz naszych tęsknot i strachów, poklejonych odwieczną potrzebą uzasadniania i nadawania wszystkiemu sensu. Owa ciekawość tej ciągle rozrastającej się układanki wydaje się być w Indiach karmiona w wyjątkowo wyszukany sposób.

Trzecia rano.

Budzik jest nieubłagany i daję za wygraną, ale dopiero chłodny prysznic stawia mnie na nogi.    Wskakuję w zakupioną na miejscu, dopasowaną przez tutejszego krawca za grosze białą, przewiewną piżamę. Zabieram poduszkę i w kompletnych jeszcze ciemnościach, spieszę na przyświątynne wzgórze, gdzie do tasiemcowej, wielorasowej kolejki doczepiam  swój zziębnięty wagonik. Bladym świtem formujemy rzędy i ciągniemy losy, które zdecydują o kolejności wchodzenia na darszanowy plac. Darszan to spotkanie z mistrzem. Mistrz jeden, nas setki. A przecież po drugiej stronie tyle samo kobiet!

Czwarta trzydzieści.

Zaczynają wpuszczać. Porządkowi, sevakowie, szczegółowo mnie obmacują (niektórzy nieco dłużej tam, gdzie ja chciałbym albo nieco krócej, albo wcale). Muszę zostawić aparat fotograficzny. Bogu nie może robić zdjęć byle kto. Podobno jak bardzo się chce, to sam wręczy ci fotkę, na której będziesz już i ty i on… Dreptam po chłodnej, kamiennej posadzce w kierunku czerwonego chodnika. Po nim, około siódmej, bóg rozpocznie swoją przechadzkę.

Dopiero piąta.

Nieposłuszne oczy sklejają się, a coraz cięższa głowa chyli powoli ku posadzce i tylko nagłe bicie w dzwon chroni ją przed kompletną kompromitacją. Zaczyna się intonowanie odwiecznej, świętej sylaby OM. Po chwili znowu cisza. Kapłani z tłumem pielgrzymów obchodzą plac. Sanskryt – pierwszy raz słyszę, jak brzmi ów prastary język, którego urodę graficzną poznałem już wcześniej. Brzmi nadzwyczajnie.

Siódma.

Szum rozmów ustaje, z głośników sączy się dyskretna muzyka i pojawia się sam bóg -  delikatna, szczupła postać w długiej, pomarańczowej szacie do ziemi, krocząca boso po czerwonym chodniku. Wrażenie robi jego olbrzymia, czarna fryzura w stylu afro, coś, jakby olbrzymia kula czarnej waty na cienkim, pomarańczowym patyku. Powoli sunie między rzędami siedzących i wpatrzonych teraz tylko w niego, odbiera przynoszone przez nich listy, przystaje, chwilę z kimś porozmawia i drepcze dalej. Czasami zakręci dłonią, z której sypie się święty popiół, wibuthi. Jedni go spożywają, inni nacierają czoło albo głowę, wielu zaciska w dłoniach i zachowa jak najświętszą relikwię. „Baba rozsiewa wokół siebie słodkawy, ziołowo-kwiatowy zapach” – zapewniał mnie przed wyjazdem znajomy – „Sama słodycz”. Wciągam głęboko powietrze. Nic. Rozczarowanie. Jeszcze głębiej. Dalej nic. Decyduję się dać bogu ostatnią szansę. Jest! Czuję! (siedzący obok mnie nie czuli nic). To jego lile, małe popisy. Cuda większego kalibru to siddhi.

Obok boga idzie żołnierz, bo na życie boga dybano już nie raz.

Większość, jeśli nie wszyscy, marzy, żeby bóg zaprosił ich na audiencję. Moja ciekawość też marzy. Taki fetysz. Psychoza. Tłum.

Nie zaprosił. Może po południu się poszczęści.

Po południu bóg wjechał na plac BMV. Zapiszczały opony i kobieca część placu.

Nie poszczęściło się.

Zwiedzam aszram, kupuję trochę kaset i książek. Zaprzyjaźniam się z wszędobylskimi małpami (w zasadzie to one zaprzyjaźniają się z moim niezabezpieczonym prowiantem). Nie protestuję, bo to armia Hanumana, czczonego tu małpiego bożka. Oddaję praczce swoje białe, przepocone ubranie. Wraca szaro-brązowe. Noc.

Dzień drugi. Nie zaprosił

Dzień trzeci. Nie zaprosił

Dzień czwarty. Nie zaprosił

Dzień piąty. Nie zaprosił

Dzień szósty. Nie zaprosił

Dzień siódmy. Nie zaprosił

Dzień ósmy. Bóg łagodnie dał znać, podniosłem się i  stawiając wielkie kroki przez czerwony chodnik, żeby go nie zbrukać swoimi brudnymi stopami, podreptałem w stronę sali audiencyjnej.

Siedzę pod drzwiami i czekam, aż bóg skończy doglądać swoje stado. Do wiecznego czekania już w tym kraju przywykłem. Wiecznego? Ciarki przechodzą mi po plecach. Postanawiam ostrożniej dobierać słowa, nawet w myślach.

Sala audiencyjna okazała się małym pokoikiem z wielkim tronem w kącie, dla boga. My, czyli jakieś dziesięć osób, siadamy na podłodze. Bóg wypytuje o zawód, kraj, bliskich. Robi się familijnie. Żeby to tylko nie była cisza przed burzą! Bogowie bywają przecież impulsywni, a hinduscy biją w tym względzie wszystkie rekordy. Czuję się coraz pewniej, choć ciągle boję się, że to tylko usypianie mojej czujności. Zaczynamy nawet żartować. No, no. Do tej pory różnym bogom się tylko przyglądałem, a tu proszę, ucinam sobie z jednym z nich całkiem miłą pogawędkę!

Bóg wyczuł, że skośnooki pielgrzym coś dla niego ma. Miał list.

- Ale to chyba nie wszystko. Czuję, że coś jeszcze cię korci – odezwał się po chwili.

Korciło. Skośnooki zdjął z palca pierścień, który dostał od boga rok wcześniej i poskarżył się, że jest za duży. No tak, pomyślałem, przecież nigdzie nie jest napisane, że bóg ma być jeszcze dodatkowo sprawnym jubilerem. Jednak był:

Ujął owiniętą sznureczkiem obrączkę pierścienia, przystawił ją sobie do ust, lekko dmuchnął i … sznurek zniknął! Oczy, chociaż siedziałem tuż pod tronem, zamieniłem teraz w teleskopy i czekałem na dalsze popisy. Bóg hojnie ugasił moje pragnienie sensacji – przystawił sobie pierścień ponownie do ust, dmuchnął jeszcze raz i zamiast jednego oczka pojawiło się ich chyba z pięć. Zadowolony z dobrze oddmuchanej roboty oddał pierścień skośnookiemu, bacząc przy tym, żeby nie wpadł w moją rozdziawioną gębę.

Taki maleńki cudzik i już mnie ma?! Przecież nawet średnio zręczny iluzjonista nie miałby problemu z podobnym trikiem. Może to zatem tylko sprytna wykładnia Wedanty, która zwraca uwagę na maję, moc iluzji tworzoną przez świat pozorów, którego jesteśmy ofiarami? Św. Augustyn twierdził coś podobnego – cuda nie przeczą rzeczywistości, tylko naszemu o niej wyobrażeniu. Może to zatem nie trik? Zapytam o to boga przy najbliższej okazji.

Nie zapytałem. Stchórzyłem…

Baba coraz rzadziej „materializuje” przedmioty przed tłumami. Zaczynam rozumieć boga z Nazaretu, który prosił uzdrowionych, żeby nie rozpowiadali o jego zdolnościach, bo ludzie lgnęliby do niego tylko dla tej doraźności. Nie chce też uzdrawiać, bo wtedy za bardzo ingerowałby w naszą karmę. Jeśli masz nienajgorszą, lekko klepnie cię w policzek, choć bywa, że wali z całej siły, ale to dla twojego dobra. Zostałem przez boga tylko lekko klepnięty… Znowu miał mnie na swoim na haczyku. Taka gra. Bóg czasami dotyka twoich miejsc intymnych, bo tam między innymi są nasze ośrodki energii. Niektórzy opowiadają, że najbardziej lubi czakramy młodych chłopców. Mnie nigdzie poza twarzą i dłońmi nie dotykał, choć dopadł mnie w nocy w łóżku. Dwa razy. Najpierw szybowałem z nim nad wszystkim i wszystkimi i nie chciałem wracać do ciała. Zmusił mnie.

Jakiś czas potem wślizgnął się do niego ponownie i zapowiedział drugą audiencję. Tak mi się przynajmniej wydawało. Rano okazało się, że się nie wydawało:

Siedziałem tuż naprzeciwko boga, jakiś metr, półtora. Patrzyłem bez ustanku na jego dłoń i szukałem jakiegoś przewodu, który biegłby pod szerokim rękawem jego szaty. Nic. Dłoń pusta, rękaw odciągnięty prawie pod łokieć. I znowu wystarczyło kilka sekund i coś wypadło prosto ze środka jego dłoni, od razu oprawione i wiszące na złocistym łańcuszku. Bóg stworzył  orzech. Rudraksza to pestka owocu Eleocarpus ganitras. Znający się na boskich sprawach utrzymują, że pomaga na wiele schorzeń, odpręża i wprowadza umysł w stan alfa. Daje też wielką moc.

Bóg stworzył wtedy także kilka zegarków. Podobno  nie są zbyt punktualne i często się psują, a ktoś dotarł nawet do warsztatu, gdzie są produkowane…

MAREK PINDRAL

Sathya Sai Baba uważany jest przez swoich zwolenników za jednego z awatarów, czyli wcieleń bóstw. Najbardziej znani są awatarowie Wisznu, a z nich szczególną czcią otaczani są dziś Rama i Kriszna, których Baba uważa, obok siebie, za reprezentujących pełnię boga. Według hinduistów żyjemy obecnie w okresie zwanym kalijugą, czyli wiekiem żelaza, w którym następuje moralno-fizyczne zepsucie ludzkości (poprzednie to: satjajuga – złoty wiek prawdy, tretajuga – wiek srebrny i dwaparajuga – wiek brązu). Kres położyć ma mu ostatni z grupy awatarów naszej mahajugi (cykl czterech jug, liczący łącznie 4 320 tys. lat) – Kalki, przygotowując grunt do powrotu do satjajugi.

Sai Baba urodził się w roku 1926 w Puttaparhti i bardzo szybko zaczęto mówić o jego zdolności materializowania przedmiotów. Mając czternaście lat porzucił rodzinę i szkołę twierdząc, że jest inkarnacją świętego fakira, Szirdi Sai Baby, by w późnych latach sześćdziesiątych zdeklarować swoją boskość i twierdzić, że człowieczeństwo jest jego udziałem jedynie po to, by ludzie mogli odczuwać z nim pokrewieństwo i odkrywać swoją własną boskość. Po raz pierwszy, według niego, awatar pojawia się w aż trzech, jedno po drugim, ciałach – wspomniany Szirdi, obecny Sathya i następujący po Nim Prema Sai Baba. Awatar, choć osadzony w tradycji hinduistycznej, nie tworzy żadnej religii (w aszramie spotyka się symbole różnych wyznań), dzięki czemu zjednuje sobie zwolenników w różnych częściach świata. Aspekt duchowy ma też swoje konkretne przełożenie materialne – napływające datki przeznaczane są nie tylko na powiększanie i utrzymywanie aszramu, ale i na budowę szkół, szpitali, wodociągów itp. Szczególnie ze szkolnictwem, kładącym nacisk także na wartości duchowe, wiązane są wielkie nadzieje w tym niebywale skorumpowanym kraju. (MP)

Możliwość komentowania jest wyłączona.