W todze i z plecakiem

Uff, jaka to ulga móc wyrwać się wreszcie z ulicznej pajęczyny londyńskiego molocha i skubać oczami trawę z zielonych pastwisk, które przesuwają się za oknem autokaru! Po drodze mijam wioski i wiktoriańskie miasteczka z domami tak wypieszczonymi, że istnieje wielce uzasadniona obawa, że jeśli Anglicy nie okiełznają swojej manii polerowania, to jeszcze dwa, trzy pociągnięcia szmatką i brunatne ściany ceglanych budynków zamienią się w lustra, a równiutko przystrzyganych żywopłotów będzie można używać zamiast żyletek. Na domiar wszystkiego wioska, w której zatrzymaliśmy się na postój wcale nie pachniała wsią, tylko  jakimś diorstwem czy szanelstwem! Dlatego wcale bym się nie zdziwił, gdyby zza rogu wymaszerowało stado krów z pomalowanymi kopytami…

Nie minęła jeszcze druga godzina jazdy, gdy zza drzew zaczęły strzelać w górę gotyckie wieżyczki oxfordzkich kolegiów. Zatem – dusza na ramię, plecak na plecy i gaudeamus!

Jeszcze sto lat temu mógłbym sobie tylko pomarzyć o nauce tutaj, bo zwodzony most, chroniący elitarność tej naukowej twierdzy, opuszczany był tylko dla tych, którzy dosiadali powozów zaprzężonych w co najmniej dwie klacze, z których jedna nazywała się z reguły Mamona, a druga Koneksja. A tu proszę – wypierdek z plecakiem ma dziś czelność przyjeżdżać tu autokarem. O tempora, o mores! Owe tempora zaczęły się, na szczęście, zmieniać, szczególnie po drugiej wojnie światowej, kiedy Partia Pracy rosła w siłę, a ludziom żyło się … tak, tak – wbrew naszemu zrozumiałemu sceptycyzmowi i ostrożności przed kończeniem tego hasła – coraz dostatniej, choć często był to dostatek na kredyt. Państwo opracowało program stypendialny dla mniej zamożnej, ale zdolnej młodzieży, która zaczęła się kształcić także na Oxbridge (tak skrótowo określa się uniwersytety w Oxford i Cambridge). Skorzystała z tej pomocy między innymi córka pewnego sklepikarza, znana potem jako Żelazna Dama. Miała farta, że nie urodziła się wcześniej – o tytule naukowym mogłaby wtedy tylko pomarzyć, bo te zaczęto kobietom przyznawać dopiero w roku 1920 (w Cambridge, nazywanym tu nieco uszczypliwie „the other place”, dopiero 28 lat później). Inną, wielce krzywdzącą zasadą, pamiętającą jeszcze czasy Henryka VIII, było przyjmowanie studentów wyznania jedynie protestanckiego. Na szczęście reguła ta straciła rację bytu w 1850.

Dzisiejszy Oxford liczy sobie 133 000 mieszkańców i choć jest prężnym ośrodkiem przemysłowym (warto wspomnieć choćby słynne zakłady samochodowe Morris, dziś będące częścią trapionego kłopotami Rovera), to ton miastu nadaje przede wszystkim piętnastotysięczna brać żakowska, studiująca w 36 kolegiach, założonych między 1249-1990. Oprócz nich kształci się tu na wielu kursach językowych młodzież z całego świata, a dla chcących pogłębiać i doskonalić swoją wiedzę zawodową stworzono w ramach Uniwersytetu specjalny Department for Continuing Education, w programie którego, dzięki stypendium The British Council, sam miałem okazję uczestniczyć, zapoznając się, jako belfer, z najnowszymi metodami znęcania się nad biednymi studentami, co przykryte było płaszczykiem nazwy o barokowej wręcz długości – Extending English Language Teaching Skills. A Practical Approach.

Pełnoprawnym członkiem kolegium zostaje się po uroczystości matrykulacyjnej i tradycja nakazuje, żeby choć przez pierwszy rok mieć swoje lokum na jego terenie. Już w roku 1410 nakazano studentom zamieszkiwanie w murach swych uczelni, a to ze względu na zamieszanie, jakie wprowadzali w mieście (stąd termin „town and gown”- miasto i toga). Specjalnie mnie to nie dziwi, bo wiem, jakie to bywają gagatki, od której to reguły chyba mało kto z nas był wyjątkiem…

Obecnie rok akademicki podzielony jest tu na trzy ośmiotygodniowe semestry, a naukę kończy się po trzech, bądź czterech latach egzaminami, odbywającymi się w niezależnym od naszego rodzimego kolegium budynku, zwanym Examination Schools. Rzecz jasna i kolegia sprawdzają postępy swoich studentów, organizując w trakcie nauki testy, zwane „Collections”.

Ogromną wagę przywiązuje się tu do naszej własnej kreatywności, stąd też tak ważne są cotygodniowe spotkania z opiekunem naukowym, tutorem, w czasie których omawia się wykonaną przez nas pracę, dyskutuje, a nawet spiera. I nie odbywa się to w dwudziesto, trzydziestoosobowej grupie – owe głębokie dysputy toczy się siedząc najczęściej w równie głębokich, pluszowych fotelach ustawionych w zaciszu profesorskiego gabinetu. Zaufanie, jakim darzy się tu studentów (wykłady nie są obowiązkowe), pobudza ich do takiego zorganizowania sobie tygodnia, żeby został efektywnie wykorzystany nie tylko na studia, ale i towarzyszące im atrakcje, które wysypują się tu niczym ze starożytnego rogu obfitości. Wielu bierze, zatem, czynny udział w różnorakich zajęciach sportowych (najbardziej znane są zmagania osad wioślarskich Oxfordu i Cambridge) czy też artystycznych (bardzo popularne są tu amatorskie spektakle teatralne). Poza tym mamy w Oxford dwie drużyny piłkarskie (Oxford United i Oxford City), dużą popularnością cieszą się typowe dla Wyspy gry zespołowe – rugby i krykiet, można też wybrać się na wyścigi hartów, zawody żużlowe, a raz do roku, w sierpniu, obejrzeć gonitwę koni, znaną jako „Sheriff’s Race”. Niezwykle przyjemne i popularne wśród studentów jest „punting”. Punt to długa, wąska łódka, którą odpycha się za pomocą metalowego lub drewnianego drąga, stojąc na jednym z jej końców. Z doświadczenia wiem, że trzeba przy tym bardzo uważać, bo dno rzeki to często plątanina wodorostów i korzeni, w której nasz drąg łatwo może utkwić. I choć mnie nigdy nic takiego się nie przytrafiło, to pamiętam Rosjankę, która w pewnym momencie wbiła pal w dno tak mocno, że kiedy odepchnęła łódkę, ta odpłynęła sobie z iście angielskim spokojem (choć z tym określeniem, podobnie jak z mgłą, raczej bym nie przesadzał, vide – angielscy kibice), a nasza złotozębna koleżanka została na środku rzeki owinięta wokół drąga, po którym, chcąc nie chcąc, osunęła się do wody…

Na amatorów rozrywek bardziej wysublimowanych czekają profesjonalne sceny teatralne – Apollo Theatre, Oxford Playhouse; tu także stoi najstarsza w Europie sala koncertowa – Hollywell Room (muzyki można też posłuchać w Sheldonian Theatre) i najstarsze w Anglii muzeum –Ashmolean Museum, w którym podziwiać można m.in. moich ulubionych Prerafaelitów, a także sztukę Wschodu i dzieła starożytności. Pamiętam, że kiedy chciałem zdobyć pozwolenie na robienie zdjęć, musiałem zejść do znajdującej się w podziemiu czytelni starodruków, gdzie zamarłem na widok siedzących tam czytelników – wszyscy mieli na rękach białe rękawiczki, a usta przysłaniały im maski takiego samego koloru. Wyglądali jak chirurdzy, pochyleni nad swoimi papierowymi pacjentami. Innym, znanym w świecie i godnym odwiedzenia muzeum jest Bate Collection of Historical Instruments. W Oxford działa też jedna z sześciu bibliotek, które otrzymują egzemplarze wszystkich wydawanych na Wyspach książek – Bodleian Library, której księgozbiór liczy obecnie sześć milionów pozycji! Piękny, okrągły budynek w centrum, Radcliffe Camera, to obecnie czytelnia tej szacownej instytucji.

Wytchnienia można też poszukać w ogrodzie botanicznym, albo w którymś z wielu pubów. Warto wychylić pintę piwa choćby w The Eagle and Child, do którego zaglądali Tolkien i Lewis (tak, to właśnie w Oxfordzie natchnęło tego ostatniego, pod wpływem tego pierwszego, do stworzenia Narnii), albo przespacerować się do jednego z najstarszych – The Bear, gdzie ze ścian zwisa olbrzymia kolekcja krawatów. Ale uwaga – łatwo tu nabić sobie guza, bo sufity są niezwykle niskie. Nietypowych wrażeń dostarczy nam Freuds Arts Cafe, bo jeszcze nie tak dawno był to kościół, a teraz pod bacznym okiem świętych postaci można się  raczyć alkoholem i kołysać w takt muzyki mało sakralnej…

Oprócz wspomnianych wcześniej postaci, z Oxfordem związało część swojego życia wiele innych angielskich znakomitości. Warto wymienić choćby kilkoro z nich: wielki architekt, autor projektu londyńskiej katedry św. Pawła, czy oxfordzkiego Sheldonian Theatre – Christopher Wren, ojciec penicyliny – Alexander Fleming, malarz i poeta – Dante, Gabriel Rossetti, ludzie pióra – Percy Shelley, Oscar Wilde, W.H.Auden, Iris Murdoch, Graham Greene. Tę listę można by ciągnąć jeszcze bardzo, bardzo długo (patriotyzm nie pozwala zapomnieć choćby o profesorze Leszku Kołakowskim). I ciągle nierozstrzygnięty pozostaje dylemat, czy to Oksford przyczynił się do ich sławy, czy też splendor spływa na Uniwersytet dzięki takim właśnie osobom. Pewnie jedno i drugie złożyło się na klimat tego miejsca i sprawia, że chce się tu być, studiować, tworzyć. Zaciszność krużganków, uroda dziedzińców z wiekowymi, miękkimi niczym dywany, trawnikami (po niektórych mają prawo stąpać jedynie profesorowie), odgłosy dzwonów, zawieszonych na strzelistych wieżach kolegiów – wszystko to uspokaja emocje i pobudza umysły. I choć zjeżdża się tu na studia elita finansowa z całego świata, to wąskie uliczki między poszczególnymi kolegiami skutecznie uniemożliwiają ruch samochodowy i siłą rzeczy trzeba przesiadać się ze swojego ekskluzywnego auta na bardziej egalitarny i przyjazny wiekowym murom, rower.

Z kolegiów warto wymienić choćby kilka, choć wszystkie zasługują na uwagę: największy jest Christ’s Church, założony w 1525 przez kardynała Wolseya. To jego kaplica funkcjonuje jako oficjalna katedra Oxfordu, bo rzeczywiście słowo „kaplica” nie zawsze oddaje wielkość i architektoniczny przepych przykolegialnych świątyń. Działa przy niej jeden ze znakomitych, oxfordzkich chórów chłopięcych. Z urody słynie też, założony w 1458 roku, Magdalen College oraz New College (wbrew nazwie, ten ostatni założony został w roku 1379), przy którym przetrwały resztki murów starego miasta.

Naprawdę młode, jak na tutejsze warunki, jest kolegium, do którego trafiłem na wspomniane już stypendium (Keble College), bo założone zostało „dopiero” w roku 1868. Inną cechą, wyróżniającą je spośród pozostałych, jest fakt, że do budowy użyto nie typowego tu kamienia, ale cegieł. Ponoć z tego właśnie powodu, na znak sprzeciwu, Ruskin zmienił trasę swoich spacerów!

Do środka wchodzi się przez wielką bramę i po przejściu kilkumetrowej, ciemnawej sieni wkraczamy na pierwszy z dziedzińców. Wypielęgnowane do granic ogrodniczej możliwości trawniki otoczone są neogotyckimi budynkami, które w większości funkcjonują jako akademiki. Bok jednego z dziecińców to kaplica (przypomnę – wielkości niejednego naszego kościoła), w której znajduje się jeden z bardziej znanych obrazów malarza z Bractwa Prerafaelitów, W.H.Hunta – „Światło Świata”. Po przeciwnej stronie znajduje się biblioteka z pięknie belkowanym sufitem i wielka sala jadalna, w której siadywaliśmy na długich ławach za wielkimi, drewnianymi stołami i czuliśmy się, niczym mnisi w klasztornym refektarzu. Wrażenie potęgowały jeszcze witraże, przez które słońce przepuszczało swoje promienie, tworząc na kamiennej posadzce wielobarwne mozaiki. Wokół drugiego dziedzińca rozsiadły się pomieszczenia do zajęć i aula. Trzecia część została wybudowana niedawno, ale swoją nowoczesną architekturą nawiązuje, na szczęście, do całego otoczenia. To tu, na dachu, urządzaliśmy sobie czasami parties, razem z naszymi profesorami. Jednak wszystkie posiłki, jak wspomniałem, celebrowaliśmy w „refektarzu”, przy zawsze obficie i elegancko zastawionych stołach. I choć znane powiedzenie mówi, że „najlepszym jedzeniem angielskim jest jedzenie francuskie”, za każdym razem podejmowani byliśmy niczym angielscy lordowie. Z kolei na poranną kawę (między śniadaniem, a lunchem), jak i na popołudniową herbatkę przeznaczona była osobna sala. Tu po raz kolejny uderzę w ojczyźniany dzwon, bo wypatrzyłem, że wszystkie dzbany i kieliszki w naszym kolegium pochodziły z… Polski. Niby mała rzecz, a ucieszyła!

Wąskie, neogotyckie okna mojego pokoju oplecione były dzikim winem, za którym prześwitywała soczysta zieleń stale zraszanych trawników i brunatne ściany budynków po trzech pozostałych stronach dziedzińca. A że po sąsiedzku przyklejona była do niego swoim bokiem wielka kaplica, wiało atmosferą iście gotycką. Co więcej – późno w nocy dochodziły z niej dźwięki organów i do dziś dnia nie wiem, czy była to ekstrawagancja jakiegoś, nomen omen, nocnego Marka czy może potępiona dusza jakiegoś nieuka dawała owe koncerty ku przestrodze żywych? Sam, zresztą, na owych organach kilka razy przygrywałem koleżance z Sycylii, choć repertuar mieliśmy niekoniecznie religijnej natury (choć z drugiej strony – Beatlesów można już chyba uznawać za świętość). Nie było to, jednak, żadną profanacją owego miejsca, bo odbywały się tam koncerty dla publiczności, a ich program też często flirtował z muzą lekko podkasaną. Owa kaplica była też często wynajmowana na śluby, których scenariusz wyglądał najczęściej tak: uroczystość wewnątrz, dudziarz na zewnątrz (nie kobziarz, jak się błędnie u nas powiada) odgrywający kilka szkockich melodii, szampan i truskawki, przejście na drugi dziedziniec, gdzie pod rozstawionym, eleganckim namiotem odbywało się przyjęcie weselne – skromne, jak na nasz słowiański, wylewny gust (mam tu na myśli lanie do gardeł i po pyskach). Po dwóch, trzech godzinach państwo młodzi wsiadali do samochodu i z brzękiem poprzyczepianych puszek odjeżdżali na miodowy miesiąc, machając radośnie panom we frakach i cylindrach oraz paniom w wymyślnych kapeluszach…

Studentów oficjalny strój, toga, obowiązuje tylko w czasie egzaminów, otrzymywania stopni naukowych i tzw. Encaenii, czyli procesji z okazji przyznawania tytułów honorowych. Natomiast kiedy rozpoczynają swoje kariery, rozpoznają się często po herbach i kolorach, typowych dla każdego kolegium, a naszywanych na kieszonki marynarek czy krawaty, które wielu nosi potem przez sentyment dla tradycji, ale także z poczucia dumy, że dane im było studiować na jednej z najbardziej renomowanych uczelni świata.

I ja, choć nie byłem regularnym studentem Uniwersytetu w Oxfordzie, z żalem żegnałem to miejsce, ściskając na do widzenia łapę wielkiego, kudłatego kocura, który, jak przystało na kota angielskiego, przechadzał się co dzień po naszym kolegium z prawdziwą flegmą…

Możliwość komentowania jest wyłączona.