W cieniu karabinów

„Lecisz do Jordanii?! Chyba oszalałeś!” – tak zareagowali Znajomi, kiedy poznali moje najnowsze plany. „Przecież tam niedawno zginęło w zamachach kilkadziesiąt osób, drugie tyle było rannych!” – straszyli. Jednak Indiana Jones i stare, wypłowiałe egzemplarze magazynów podróżniczych z dziecięcych lat okazały się silniejsze. Lecę!

Zanim jednak poleciałem, musiałem się upewnić, czy w moim paszporcie nie widnieją ślady pobytu w Izraelu (według kupowanych potem na miejscu map takie państwo … nie istnieje) oraz czy gdzieś na ubraniach nie rzucają się w oczy metki Made in Israel (miałem na sandałach, więc nożyczki poszły szybko w ruch).

W Jordanii przekonałem się, że służby bezpieczeństwa są tu rzeczywiście stale w stanie podwyższonej gotowości – wszędzie, dosłownie wszędzie od początku do końca podróży towarzyszyły mi wojskowe patrole. Na początku trochę dziwnie się człowiek czuje – np. nad Morzem Martwym, wzdłuż całej plaży stoją co kilkadziesiąt metrów stanowiska karabinów maszynowych… W zasadzie to nawet nie morze, ale pozbawione odpływu jezioro, do którego wpływa Jordan (tu już, Czytelniku, musisz sam wybrać, czy dolina, którą płynie, to granica z Izraelem czy okupowanym przez Izrael Zachodnim Brzegiem Jordanu). Sam Jordan nie jest rzeką zbyt długą (252 km), za to owo jezioro, do którego wpada, leży w najgłębszym rowie na ziemi – 406 m pod poziomem morza. Kiedyś łączyło się z Jeziorem Tyberiackim (Genezaret), dziś obniża się aż o metr rocznie, bo do nawadniania okolicznych ziem pobiera się z Jordanu 600 mln metrów sześciennych drogocennej wody. Woda w Morzu Martwym też jest bardzo cenna, ale z innego powodu – to najbardziej zasolony zbiornik na Ziemi (fajnie się na tej ciepłej zupie leży, ale pamiętajcie o goglach). Poza tym zawiera 20 razy więcej bromu, 15 razy więcej magnezu i 10 razy więcej jodu, niż przeciętna morska woda. Balsamiczne właściwości takiej mieszanki doceniali już starożytni Egipcjanie (bywał tu też np. Herod I Wielki), a i dziś nie lada frajdę sprawia natarcie się tutejszym błotem, z czego skrupulatnie skorzystałem, w nadziei odrodzenia się niczym młody bóg (owo błoto mogło jednak zamienić się w skorupę, bo na całej plaży działał tylko jeden, słownie jeden, niewielki prysznic ze słodką wodą i zamiast boga byłbym jego aż nazbyt dosłownie rozumianym pomazańcem). Drugie morze, Czerwone, jest z kolei pełne życia i przyjeżdża się tu głównie dla jego podglądania – pod wodą, między bajecznie kolorowymi rafami przepływają równie kolorowe ławice ryb i im podobnych stworów, a na powierzchni, między nielicznymi plażowiczami dryfuje co kilkadziesiąt minut wojskowy dżip z karabinem maszynowym na dachu. Plaża pod wieczór zapełniła się Jordańczykami, którzy urządzali sobie na niej rodzinne pikniki, z grilowaniem i popalaniem aromatycznych, wodnych fajek włącznie (żar z ruszt nie robi przecież na nich w takim klimacie jakiegoś szczególnego wrażenia; poza tym gorąca, bardzo słodka herbata, często z miętą, podobnie, jak kawa z kardamonem, świetnie gaszą pragnienie). Jedno, do czego trudno mi było przywyknąć, to widok kąpiących się kobiet w pełnym, chowającym ich ciała „rynsztunku”, podczas gdy ich mężowie, bracia czy ojcowie kąpali się tuż obok jedynie w majtkach. Pomijając aspekt czysto estetyczny (czytaj „erotyczny”, bo jak można się było przekonać dzięki tym, które na ulicy nie nosiły tradycyjnej burki, hadżib (chusta na głowę) czy niquab (woalka na twarz), Jordanki to kobiety nieprzeciętnej urody) zastanawiałem się, gdzie powinna kończyć się granica tolerancji i poszanowania dla obcej tradycji, często ustanawianej przez jakąś grupę społeczną dla zabezpieczenia jej własnych interesów, bez poszanowania praw czy uczuć innych. Wiele powiedział mi wtedy o ich kobietach pewien niewielki epizod z granicy jordańsko-syryjskiej: za szlabanem (sic!) pewna czarnogłowa zdjęła swoją równie czarną szatę i zobaczyłem zgrabne ciało, podkreślone obcisłymi dżinsami i króciutką, odsłaniająca pępek, koszulką. I te włosy! No cóż, przezorny, jordański mężczyzna woli na wszelki wypadek ubezpieczyć się przed moimi frywolnymi myślami. Ale ten sam sprytny, jordański mężczyzna bardzo stadnie zjawiał się nagle nie wiadomo skąd i ślinił na widok białej kobiety w stroju plażowym. Coś mi to wszystko, panowie, niezbyt ładnie pachnie … Ale wróćmy jeszcze na chwilę nad Morze Czerwone. Pod wieczór zaczyna tu się wszystko czerwienić podwójnie – od zachodzącego słońca i gór z piaskowca w tym właśnie kolorze. Jednak najokazalej i najpiękniej wyglądają one na pustyni.

Wadi Rum – piaszczysta równina z rozsianymi po niej skałami o najdziwniejszych kształtach, miejsce urzekające swoim surowym pięknem i niepogryzione jeszcze przez masową turystykę. Kiedyś zamieszkiwali ją Nabatejczycy, Arabowie, Tamudowie i Kufowie, a dziś półkoczowniczy Beduini, głownie z plemion Howeitat (twierdzą, że są potomkami Mahometa), Zuweida i Zilabia. Tu uwaga – niektórzy mogą nie być nastawieni zbyt pokojowo (z jednego obozowiska zostałem po prostu przegoniony) i posypią się w naszą stronę kamienie. Jednak w małej osadzie Rum możemy bez problemu wynająć wielbłąda, dżipa, albo podjąć decyzję o zawierzeniu własnym nogom (najlepiej chyba wypróbować wszystkie napędy). Nie tylko natura zaoferuje nam tu swoją lekcję, historia także – wiele skalnych ścian pokrytych jest starymi inskrypcjami i obrazkami, a od czasu do czasu natkniemy się na ślady legendarnego Lawrenca z Arabii. Na szczęście Beduini to przeważnie bardzo gościnni ludzie i z noclegiem w namiocie nie powinno być kłopotu (ja wybrałem spanie pod miliardami gwiazd – lepszy dach nad głową trudno sobie wyobrazić). Czym mogą nas poczęstować? Pewnie będzie to mensa – pieczone jagnię, do tego ryż (mogą też być ziemniaki), jogurt, nasiona sosny. Wszystko na wielkim talerzu z jagnięcą głową pośrodku (danie zostało wykopane spod rozgrzanego piachu). Jeśli uznają nas za ważne persony, dostaniemy w dowód owego uznania oczy, reszta język. I wtedy są dwie szkoły postępowania – jedna zabrania zaglądać darowanemu jagnięciu w oczy, a druga podpowiada, że najlepszą wymówką jest powołanie się w takich sytuacjach na zakaz swojej religii. Zostawią nas wtedy w spokoju, ale tylko na chwilę, bo potem  zaczną przy ognisku tańcować do muzyki bębnów, oud (prababka gitary) czy rababy (jednostrunowy instrument z prostokątnym pudłem rezonansowym, pociera się ową strunę łukowatym smyczkiem – niewprawni, czyli ja, wydobędą z niego nuty tak ohydne, że żaden zwierz, gwarantuję, nie zbliży się do  obozowiska na odległość co najmniej kilometra). Ciastem nas tam raczej nie potraktują, ale to  dobrze, bo bliskowschodnie łakocie są, jak dla mnie, o wiele za słodkie, wszystkie te orzechowo-sezamowo-kokosowo-serowe mieszanki aż ociekają miodem. Ale to rzecz gustu. Za to soki, świeżo wyciśnięte z owoców, to siódme niebo w gębie!

Zresztą sama Jordania to wielka mieszanka – odnajdziemy tu ślady kultury rzymskiej, greckiej, arabskiej, semickiej, perskiej, angielskiej. I to jakie ślady! To dopiero tam i w Syrii, a nie w Rzymie czy Grecji przemówiło do mnie najpełniej piękno antyku. Wystarczy wspomnieć choćby starożytne pozostałości w Dżarasz (Geraza) – przechodzimy pod Łukiem Hadriana, mijamy hipodrom, Teatr Południowy (z widownią na 5000 miejsc!) i dochodzimy do niezwykłego, owalnego placu (forum), otoczonego 160 jońskimi kolumnami, a potem wchodzimy na 600 metrową, główną ulicę (w bruku można nawet dostrzec wyżłobienia po konnych powozach). Cały czas mijamy ruiny wspaniałych okazałych budowli, aż docieramy do drugiego teatru – Północnego. Zafascynowany klasyczną, choć niestety przyniesioną na mieczach, harmonią wszystkiego dookoła żałowałem, że wielu współczesnych projektantów stawia po prostu pomniki samym sobie zapominając, że architektura ma olbrzymi wpływ na stan naszego ducha i powinna mu służyć; często bywa też odzwierciedleniem owego stanu i wtedy zdradza, jak bałaganiarskie i szpetne dusze mają niektórzy architekci. Biegałem w 40-stostopniowym upale po labiryncie stojących jeszcze lub powalonych kolumn jak zaczarowany (a odkryto do tej pory podobno jedynie 10% miasta), aż wreszcie padłem pod drzewem figowym i ugasiłem pragnienie specjalnym, muzułmańskim, nie fermentowanym piwem, a dokładnie trzema: brzoskwiniowym, cytrynowym i zbożowym*. Wrzuciłem też w siebie kilka pysznych fig z rzeczonego drzewa i na tym moja sielanka się zakończyła, bo zaczęto mi wciskać authentic, Roman coins…

Ale czym byłaby wyprawa do Jordanii bez odwiedzenia legendarnej Petry, dawnej stolicy Nabatejczyków (władali terenami tzw. Transjordanii od III w p.n.e. do I w n.e., choć miasto było zamieszkałe dużo wcześniej, bo już w XII w p.n.e. (Edomici)). Idę, idę wąskim i krętym wąwozem (pęknięcie tektoniczne), w którym do dzisiaj można zobaczyć wykute w ścianach wodociągi i wypatruję, zza którego zakrętu wyłoni się wreszcie ów sławny fronton Skarbca Faraonów (nazwa nieco myląca, bo to raczej monumentalny grobowiec jednego z tutejszych władców). Po drodze, co jakiś czas wyprzedzają mnie pędzący na osiołkach, albo dwukółkach tubylcy, więc i ja przyspieszam kroku, żeby …. Jest! Powoli wąska, skalna szpara rozszerza się, a ja wstrzymuję nawet mruganie, żeby nic nie zamazało mi spełnienia się jednego z podróżniczych marzeń. WOW!!! Jest potężniejszy, niż sobie wyobrażałem, a to przecież jedynie początek cudów tego rozległego, jak się miałem potem przekonać, skalnego (petra to po grecku skała)  kompleksu! Swoje bogactwo zawdzięczała dogodnemu położeniu na kupieckim szlaku z Indii i Chin do Egiptu i na Półwysep Apeniński (dopóki karawany nie zmieniły swoich tras). Miasto podbili w I w n.e. Rzymianie, a w VII w Arabowie, ale wtedy okres jego świetności dawno już minął i pamięć o tym niezwykłym miejscu przechowywali tylko Beduini. Dopiero przeszło tysiąc lat potem, za sprawą szwajcarskiego podróżnika, J.L. Burckhardta coś, co wydawało się jedynie bajką, przywrócone zostało rzeczywistości i możemy podziwiać dziś wspaniałe świątynie, grobowce, domostwa, amfiteatr (dokończony przez Rzymian mógł pomieścić aż 8 tysięcy widzów; ten w Ammanie „jedynie” sześć tysięcy). Co ciekawe, Petra była jeszcze kilkadziesiąt lat temu zamieszkała, ale rząd zdecydował się przesiedlić jej mieszkańców do specjalnie wybudowanej niedaleko wioski. Szkoda. Na spokojne zwiedzenie całego kompleksu, a właściwie tego, co w niewielkim procencie zostało przez archeologów odkryte (przypuszcza się, że to niewiele ponad 5%; w okresie swojej świetności Petrę zamieszkiwało około 50 tysięcy ludzi), trzeba przeznaczyć co najmniej dwa, trzy dni. Po cichu powiem, że można się tam też dostać drugim, jeszcze węższym wąwozem, który jest oficjalnie zamknięty, bo wymaga trochę wspinaczki, ale warto! (tak samo warto wspiąć się po skałach, też na własne ryzyko, na szczyt tzw. Klasztoru (pierwotnie był to potężnych rozmiarów grobowiec – sama urna na jego szczycie ma aż 9 metrów wysokości); mnie za ten wyczyn nie spotkała żadna kara, wręcz odwrotnie – na dole, z pustej, wyciosanej w skale sali dobiegły mnie dźwięki oud, wyczarowane przez grajka o podkreślonych czarną kreską, oczach.

Jordańczycy to wedle statystyk w 92 % muzułmanie, chrześcijan jest ok. 6%. Krzyżowcy  pozostawili tu po sobie ruiny wspaniałych zamków, choćby Krak de Moabitem czy Krak de Montreal. Któryż to już raz w historii religia stawała się wygodnym płaszczem, pod którym można było skryć własne ambicje i żądze?! Warowne pałace budowali też władcy z dynastii Umajadów – najokazalszy, choć nigdy nie ukończony, to Kasr Al-Mushatta (743 – 744). O wiele pożyteczniej jest jednak szukać śladów tego, co łączy, a nie dzieli muzułmanów, chrześcijan czy Żydów. Jednym z takich miejsc jest z pewnością góra Nebo – to z niej Mojżesz miał ujrzeć Ziemię Obiecaną i na niej, wedle tradycji, jest pochowany (przy dobrej widoczności można stąd dostrzec Betlejem, a nawet Jerozolimę). We wnętrzu stojącej na szczycie świątyni wzrok przykuwają wspaniale zachowane mozaiki (531 r) – z miniaturowych kamyczków ułożono zwierzęta, rośliny, ludzi. Warto też pojechać do Madaby, bo tam znajduje się słynna mozaika mapowa, która naprowadziła badaczy na grotę Sapsafas, zamieszkiwaną przez Jana Chrzciciela; tradycja franciszkańska wyznacza z kolei miejsce chrztu Jezusa w Wadi al-Kharr i tam właśnie zawitał w jubileuszowym roku 2000 Jan Paweł II. Odwiedził też górę Nebo, której dziś pilnują żołnierze z karabinami maszynowymi na ramionach (pilnują też Ain Musa – źródła, któremu początek miało dać stuknięcie w skałę mojżeszową laską).   Generalnie jednak Jordańczycy (noszą biało-czerwone chusty, palestyńscy uchodźcy – biało-czarne)  to bardzo przyjazny naród – nigdy np. nie miałem problemu z odwiedzaniem meczetów i robieniem tam zdjęć, nawet w czasie modłów. Pobożny muzułmanin powinien padać na twarz („meczet” oznacza właśnie miejsce, gdzie pada się na twarz) pięć razy w ciągu dnia, zwrócony w stronę Mekki. Orientację ułatwia w nich mihrab, czyli nisza w ścianie, zorientowana w tym właśnie kierunku. Na tej samej ścianie znajduje się także minbar – z niego, co piątek, imam głosi kazanie. Kobiety nie uczestniczą w modłach razem z mężczyznami, powinny pozostawać za parawanami. Modlić się też, rzecz jasna, można na zewnątrz – nie jeden raz widziałem Jordańczyka, rozkładającego swój maleńki, kolorowy dywanik wprost na chodniku i odprawiającego modły wśród gwaru ulicy. Niezwykły był też moment, kiedy grupka czarno odzianych kobiet wysiadła nagle z samochodu na jednym z pustynnych postojów i bok pojazdu uczyniła swoim parawanem, za którym biły pokłony. To się nazywa silna wiara! (a może jedynie tradycja? może tylko, jak to często bywa także i u nas, strach przed opinią otoczenia i zapewnianie sobie tzw. świętego spokoju?).

Nie tylko Allah zaznaje tu wielkiego kultu. Na drugim miejscu z całą pewnością jest król, a na trzecim jego syn. I nie da się o tym zapomnieć, bo tak, jak o Bogu przypominają regularnie zawodzenia muezinów, to o dwóch ostatnich porozwieszane wszędzie, wielkie portrety. Czasami bywa to nawet irytujące, bo kiedy chcesz kupić płytę z muzyką ludową, na okładce też będzie jeden z nich. Lepiej wtedy poprosić jakiegoś zręcznego rzemieślnika, żeby wyczarował nam w małej buteleczce stado wielbłądów, usypywanych z niezwykłą precyzją z drobniutkiego piasku. Po powrocie to one, a nie tłuściutki książę Hussein, będą na nas zerkały z półki…

MAREK PINDRAL

*Powszechnie wiadomo, że muzułmanie alkoholu nie piją i świetnie zaopatrzony sklep monopolowy w Akabie (Chopin i Belvedere też w ofercie) był z pewnością przeznaczony dla „niewiernych”, a ci pijani Arabowie, na których natknąłem się tam nocą w jednej z bocznych uliczek to była z pewnością fatamorgana…

Możliwość komentowania jest wyłączona.