Targowisko Londyn

Historia handlowania na terenach dzisiejszego Londynu ma co najmniej 2000 lat. Już bowiem na przełomie starej i nowej ery istniała na wzgórzu Ludgate celtycka osada handlowa, której nazwa – Llyn-din – zmieniła się z czasem, za przyczyną rzymskich najeźdźców, w łacińskie Londinium. Miejsce było do tego celu wprost wymarzone – tuż przy morzu i na dodatek u ujścia Tamizy, która dawała możliwość zapuszczania się w głąb lądu drogą wodną. Z Wyspy wywożono wtedy głównie cynę, żelazo, futra, skóry, a nawet niewolników, a przywożono wino, sukna, ozdoby ze srebra i naczynia z brązu. Kiedy po wielu najazdach i dziejowych burzach Anglia zaczęła wyrastać na imperium, rozpoczęła się jej ekspansja na wiele kontynentów i ustanawianie kontaktów handlowych z całym niemal światem. I choć dzisiejsza Wielka Brytania prawie całkowicie zerwała ze swą kolonialną przeszłością, to ślady historii są ciągle widoczne choćby w niezwykłej mieszance przechodniów londyńskich ulic. Przydają oni temu miastu niepowtarzalnego kolorytu, a i samo Królestwo dba, by więzi ze swoimi byłymi koloniami, choć na innych już zasadach (The Commonwealth – Brytyjska Wspólnota Narodów), nie poszły zupełnie w zapomnienie.

Warto, zatem, oprócz nieprzebranych zabytków i muzeów Londynu, pokusić się także o poznanie nieco innej strony tego miasta i „dać nura” w gwarny, kolorowy i wieloetniczny labirynt ulic, które kilka razy w tygodniu zamieniają się w tasiemcowe targowiska.

Najbardziej znanym jest chyba Portobello Road (*Notting Hill Gate). Tak, to tę urokliwą dzielnicę, pełną przytulnych kamienic, księgarń, antykwariatów i kafejek rozsławił film z Julią Roberts i Hugh Grantem. Targowisko istniało tu już w pierwszej połowie XIX wieku, a w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, za sprawą społeczności karaibskiej, zaczęto tu organizować latem największy w Europie uliczny karnawał. I nie ogranicza się on, bynajmniej, do parad przebierańców, ale rozrósł się dziś do prawdziwego festiwalu działań artystycznych z kakofonią dźwięków, wystukiwanych na bębnach, wydmuchiwanych z trąbek, wyszarpywanych ze strun gitar, czy wydrapywanych z winylowych płyt.

Na targ najlepiej wybrać się w sobotę. Od strony południowej przywitają nas stragany pełne wszelkich staroci, z wiktoriańskimi, ręcznie malowanymi nocnikami włącznie. Nie zapominajmy, że Wielką Brytanię ominęły, szczęśliwie, pożogi wojenne i z tego też powodu nawet najmniejsze miasteczko może okazać się pełne pamiątek historycznych, a jego mieszkańcy właścicielami wielu, gromadzonych z pokolenia na pokolenie, zabytkowych przedmiotów. Kiedy przeciśniemy się przez niezliczone świeczniki, lampy, krzesła, popiersia, obrazy dotrzemy do części owocowo-warzywnej, gdzie swoje produkty, zwiezione tu z całego globu, zachwalają, nierzadko w sposób wierszowany, wesołe przekupki i przekupnie. Warto przysłuchać się ich akcentowi, który żadną miarą nie będzie przypominał tego, który poznaliśmy na lekcjach angielskiego. Im bardziej będziemy schodzili w dół wzgórza, tym bardziej miejsce to zacznie się nam wydawać coraz bardziej podejrzane i za pokrytym graffiti przejściem Westway pojawi się ubraniowa tandeta, wśród której da się jednak często wypatrzyć coś oryginalnego. I z tego m.in. powodu dość często zagląda tu wielu artystów (sam widziałem Nicka Cave’a), chcących wyszperać ciuch, dzięki któremu będą się mogli wyróżniać. Na wielu rogach stoją, rzecz jasna, tzw. „buskerzy”, czyli uliczni grajkowie i dla wielu z nich warto przystanąć, bo to często artyści u progu, być może, wielkiej kariery. Największą sympatię u przechodniów wzbudzają ciągle aktywni staruszkowie, z których zapamiętałem saksofonistę, który kłaniał się, zdejmując jedynie rondo, a resztę cylindra zostawiał na głowie. Sprytne i do przewiania głowy na pewno nieprowadzące, co w pewnym wieku wydaje się nie do pogardzenia.

Miejscem szczególnie popularnym wśród młodzieży jest Camden Lock Market (Camden Town). Już od stacji metra zaczynają się sklepy pełne skórzanych kurtek, pasów, butów, salony tatuażu, „niszowe” księgarenki z półkami pełnymi tajemnej wiedzy, antykwariaty z kartonami, wypchanymi czarnymi płytami, stragany z autentyczną lub podrabianą sztuką hinduską, afrykańską, latynoską. Zdarza się, że prosto z chodnika można sobie kupić czaszkę, których stos piętrzy się w plecionym koszu, a idąc dalej w dół ulicy, można za śluzą pobuszować w opuszczonych budynkach fabrycznych, piwnicach, stajniach. Wiele z nich staje się, zresztą, powoli miejscem handlu i traci nieco z klimatu dostępnego jedynie dla „wtajemniczonych”. Arkady pod wiaduktami zamieniane są w giełdy staroci, które szczególnie przy kanale stają się coraz droższe. Miło się, jednak, spaceruje po tym miejscu, szczególnie, że wiele straganów stoi na pomostach, wprost na wodzie. Nie do pogardzenia w gorący, letni dzień, a takie, wbrew panującemu przekonaniu, też tu się zdarzają! Najlepsza pora na odwiedzenie tego miejsca to weekend. Gwarno, kolorowo, egzotycznie, ale, niestety, chwilami coraz bardziej komercyjnie.

Kolejnym krokiem naszej targowej inicjacji powinno być Brixton (Brixton). Choć ta południowa dzielnica Londynu cieszy się może nie najlepszą sławą, to jednak wiele opowieści na jej temat jest grubo przesadzonych. Szkoda byłoby miejsce z takim lokalnym klimatem pominąć tym bardziej, że targ czynny jest praktycznie od poniedziałku do soboty. Warto skosztować tu dań kuchni afro-karaibskiej, odwiedzić arkady Granville i Market Row, słynące ze sprzedaży egzotycznych ryb, a także zajrzeć na targ mięsny i owocowy. Liczni tu rastafarianie oferować nam będą zioła, czapki, książki, zaopatrzymy się tutaj w nowe i używane płyty (szeroka oferta reggae, co zrozumiałe) i ubrania z drugiej ręki. Fani muzyki rockowej nie pominą, zapewne, słynnej Brixton Academy – sali kinowej, przerobionej z czasem na koncertową, która obrosła prawdziwym kultem.

Zaliczywszy Brixton niestraszna nam już będzie Petticoat Lane ze swoim przedłużeniem – Brick Lane (Aldgate East). Spragnieni wszelkiego typu konfekcji odzieżowej ( „petticoat” to po angielsku „halka”), choć słowo „ciuchy” byłoby bardziej adekwatne do prezentowanej tu oferty,  wybieramy się na Middlesex Street (tak nazywa się ulica, przy której odbywa się ów targ) w niedzielne przedpołudnie. Oprócz ubrań czekać tu na nas będą setki niepotrzebnych nikomu drobiazgów, niektóre swoim kiczem śmiało mogące stanąć w szranki z naszymi rodzimymi tworami radosnej, rzemieślniczej twórczości. Warto zajrzeć do któregoś z tutejszych barów, bo oferują mnóstwo żydowskich specjałów.

Bricklane to, z kolei, królestwo Bengalczyków. Dostaniemy tu, zatem, egzotyczne przyprawy, słodycze i potrawy z tamtej części świata, a także tkaniny i wielobarwne sari.

Innym miejscem, rozsławionym dzięki zamieszkującej go społeczności, jest China Town w Soho (Piccadily Circus). Chińczycy, obecni w Londynie już od XIX wieku, przenieśli się tu w połowie ubiegłego stulecia i choć sama dzielnica jest dość mała i nie odbywa się tu żaden większy targ, to z całą pewnością warto odwiedzić to egzotyczne miejsce choćby dla wielu barów, restauracji czy sklepów z przyprawami (pod koniec stycznia odbywa się tu barwny festiwal witania chińskiego Nowego Roku).

Soho zawdzięcza swoją nazwę czasom, kiedy było jeszcze zalesionym obszarem, popularnym wśród myśliwych, których zawołanie „so-ho!” (znaczy mniej więcej tyle, co „goń za nim”) przylgnęło z czasem do tego miejsca. Choć wielu Soho kojarzy się z głównie z uciechami erotycznymi, to czasy swej „różowej” świetności ma już za sobą i powoli przywraca się temu miejscu jego dawny klimat bohemy. Stąd też coraz więcej tu mniejszych i większych galerii, kafejek, barów oraz restauracji ze znakomitymi włoskimi czy greckimi daniami. A właściciele sex-shopów przyjmują zachodzące tu zmiany z typowym dla Wyspiarzy poczuciem humoru – w geście udawanej rozpaczy oferują na wystawach pompowane… owieczki!

Targ czynny jest praktycznie od poniedziałku do soboty i odbywa się głównie przy Berwick Street. Dostaniemy tu wszystko – ryby, mięsa, sery, owoce, kiczowate pamiątki, kubki z aktualnymi bożyszczami tłumów, T-shirty. Powszechnie uważa się, że to najlepszy i najtańszy targ West Endu, szczególnie, jeśli chodzi o owoce i warzywa.

Z miejsc bardziej wysublimowanych warto polecić Covent Garden (Covent Garden) i choć dziś najczęściej kojarzone jest ono z operą królewską, to nie należy zapominać, że znajdujący się tu targ owoców, warzyw i kwiatów przeniesiony został nad brzegi Tamizy dopiero w roku 1974. Centralny punkt dzielnicy to tzw. Piazza, bo projektujący go Indigo Jones wzorował się na placu we włoskim Livorno. Obecnie dominuje tu zabudowa wiktoriańska z typową dla epoki halą ze szkła i stali, pełną teraz butików, kawiarenek i ulicznych grajków. Latem, na placu przed halą prezentują swoje przedstawienia akrobaci, żonglerzy czy uliczni aktorzy.

Podobny los do tutejszego targowiska spotkał Billingsate. Ten targ rybny z 800 letnią tradycją zamknięty został 23 lata temu i z powodu uciążliwego zapachu przeniesiono go na przedmieścia, na Wyspę Psów.

Warto też zajrzeć na Carnaby Street (Oxford Circus), choćby ze względów sentymentalnych, bo to dziś jedynie relikt hippisowskiej przeszłości, a także (z tego samego powodu) na King’s Road w Chelsea (Slone Square), bo to tu w latach 60 tych narodziło się mini, a w 70 tych – moda punk. I choć Londyn to nie Paryż czy Mediolan, to jednak ciągle słynie ze swojej awangardowej mody, której patronuje leciwa już, ale ciągle wzniecająca ferment Vivienne Westwood. Żeby być na czasie z tym, co proponują młodzi projektanci można odwiedzić choćby Kensington Market (High Street Kensington). I choć jest to miejsce zadaszone, warto pomyszkować po tym labiryncie mniejszych i większych sklepików, bo stroje bywają tu rzeczywiście zwariowane, a ceny niewygórowane. Można tu też zrobić sobie na głowie prawdziwą awangardę, a skórę pokryć wymyślnymi wzorami.

Dla tych, których nie stać na powyższe atrakcje pozostają jedynie tzw. „jumble sales”, czyli miejsca, do których znosi się nikomu niepotrzebne już ubrania i kupujący biorą je za grosze całymi naręczami. Najczęściej takie „sprzedaże” organizują społeczności parafialne, które cały zysk przeznaczają potem na jakiś zbożny cel.

Dla tych z przeciwległego bieguna finansowego  szeroko otworzy swoje podwoje najsłynniejszy chyba sklep na świecie – założony w roku 1849 Harrods, albo równie ekskluzywne – Fortnum and Mason czy Liberty. Emocji dostarczyć też może kupowanie w domu aukcyjnym Sotheby’s przy eleganckiej Bond Street, bo tu w grę wchodzą już naprawdę olbrzymie pieniądze.

Z  dobrej jakości i znacznie niższych cen słynie dom handlowy Selfridges czy sieć Marks and Spencer, która dotarła i do nas.

Jednak w żadnym z wymienionych na końcu miejsc nie poczujemy smaku zakupów „pod chmurką”, z gwarem ulicy, jej kolorowym tłumem, niszowym klimatem, i z całą pewnością nie będziemy mogli z pintą piwa przysiąść na chodniku przed pubem, żeby posłuchać ulicznego grajka. No i, rzecz jasna, nie kupimy tylu oryginalnych, często zupełnie nam niepotrzebnych rzeczy, które z czasem staną się nieodzowne. Albo na odwrót!

*W nawiasach podano nazwy najbliższych stacji metra

Możliwość komentowania jest wyłączona.