Tam, gdzie łąki rosną na dachach

Norwegia „chodziła mi po głowie” już od stanu wojennego. Mury w Poznaniu upstrzone były wtedy pełnymi nadziei hasłami „zima wasza, wiosna nasza”, „wrona orła nie pokona” i tym podobnymi. Taki był czas. I nagle, wśród politycznego graffiti dostrzegłem napis bezinteresownie abstrakcjny: NORWEGIA NIE ISTNIEJE! Tak bardzo zapadł mi w pamięć, że po latach postanowiłem się przekonać, jak to jest z tą Norwegią…

Szybko okazało się, że choć Polak, Norweg nie dwa bratanki, to ślady naszych związków towarzyszyły mi od samego początku podróży, którą rozpocząłem w Sognefjord. To  stąd właśnie pochodzi „nasza” świątynia Wang , zatem nie powinno dziwić, że podobny kościół słupowy stał się pierwszym przedmiotem mojego nienasyconego, podróżniczego pożądania. Stojący w Burgund i pochodzący z 1180 roku jest jednym z najlepiej zachowanych, spośród 28, które przetrwały w Norwegii do naszych czasów (pięć najstarszych znajduje się w tym właśnie regionie). Z zewnątrz, na drewnianej konstrukcji gontowego dachu, przysiadły rzeźby zwierząt i smoków, a runiczne, misterne inskrypcje oplotły wiele pionowych belek. W środku, pozbawionym ławek, światło mojego flesza wydobyło na chwilę z kompletnych ciemności XVII wieczny, malowany ołtarz, odstający swoim kształtem i barwami od surowości grubo ciosanych krokwi i łączników. Cała, zwieńczona trójkondygnacyjną wieżą, świątynia wydawała się w tamten pochmurny dzień jeszcze jednym strzelistym wzgórzem, umaczanym jak i one w gęstej mgle. Zresztą nowoczesna architektura czerpie tu bardzo wiele ze starej, co daje czasami niezwykłe efekty – hale sportowe wyglądają jak olbrzymie arki na górskim morzu, bo ich kryte gontem dachy formowane są często na wzór odwróconych do góry nogami łodzi. Małe, kolorowe domki swoją bezpretensjonalnością i wtopieniem w krajobraz zachwycają zresztą tak samo, szczególnie, kiedy ich dachy izolowane są … darnią, porośniętą nierzadko prawdziwymi łąkami. Chwilami miałem wrażenie, jakby większość Norwegów w ogóle owych domków nie opuszczała, a ci, którzy ostatecznie się na to decydowali, postanowili wyraz swoich twarzy dopasować do surowości okolicznych krajobrazów ( z drugiej strony dziwi, jak wiele budynków jest jeszcze ciągle w tym ultraekologicznym kraju pokrytych … azbestem).

Norwegia to kraj, w którym nawet droga do jakiegoś celu staje się celem. Tak właśnie od samego początku miała się rzecz choćby z przeprawami promowymi – sunąc po gładkich taflach fiordów nie mogłem oderwać oczu i aparatu od tego, co przede mną, za mną, obok. Zasypiać też nie za bardzo tu się chce i to nie tylko dlatego, że całą noc jest jasno, ale dlatego, że po prostu szkoda – cofający się 10 000 lat temu lodowiec tak fantazyjnie wyrzeźbił ten kraj, ryjąc w nim doliny i przełęcze, zostawiając po sobie cyrki, siklawy i jeziora, że pierwszą „noc” w dolinie Jostedalen spędziłem na zewnątrz prawie do rana. Przy odrobinie szczęścia (albo i nieszczęścia) można tu spotkać niedźwiedzia brązowego, choć pewnie o wiele częściej natkniemy się na spacerujące łosie, jelenie albo buszujące wśród sosen, olch i brzóz lisy czy wiewiórki. Żeby sielski opis dopełnić dodam, że w krystalicznie czystych wodach migoczą zwinne pstrągi.

Pokrywający okolicę lodowiec to największa połać zamarzniętej wody w Europie Płn. (487 km2). Z jego 22 nazwanych jęzorów najsłynniejsze to Nigardsbreen, Bergsetbreen i Austdalsbreen – schodząc w dół, wiją się wśród szarego masywu skał jak gigantyczna, biała żmija. Zresztą i owe skały robią niezwykłe wrażenie, kiedy wystając pionowo ze znieruchomiałych jezior, zostawiają na nich swoje prawie idealne odbicie.

Nie chcę jednak tracić czasu na zbyt długie rozmarzenie, które może przerodzić się w niebezpieczną melancholię, bo czeka mnie następny etap wędrówki – Runde.

Podobno w 1725 roku zatonął tu Akerendam, holenderski statek, pełen złotych i srebrnych monet zarobionych na handlu z Indonezją. Mnie jednak bardziej interesują ptaki, a jest ich tu przeszło pół miliona (ludzi niewiele ponad 150 sztuk)! Większość z około 200 gatunków gnieździ się na klifach, dlatego najlepiej wynająć łódź i opłynąć całą wyspę dookoła. Zanim jednak tak się stało, postanowiłem ją najpierw obejść. Idąc ciągle wzdłuż  poszarpanego wybrzeża, spadającego chwilami kilkadziesiąt metrów pionowo w dół, prosto do Oceanu, za nieodłącznego towarzysza miałem świszczące wietrzysko, które nie tylko mnie, ale i długowłosym owcom burzył misterne fryzury. Stada mew trójpalczastych, alk czy wydrzyków przestały po pewnym czasie robić na mnie wrażenie. Tak samo, jak rybitwy, głuptaki czy nurzyki, bo czekałem, kiedy wreszcie pojawią się maskonury…  W końcu są! Ich widok działa podobnie, jak spotkanie delfinów czy pingwinów – nawet największemu ponurakowi usta wygną się do uśmiechu. No bo jak tu się nie cieszyć patrząc na zadziorne, zakończone czerwonymi łukami dziobki, mężnie wysunięte do przodu białe piersi i plecki, przykryte czarnymi fraczkami?! Całość dopełniają  gustowne, pomarańczowe płetwy, założone na krótkie nóżki. Fotografując je z  góry, ze skał i potem z dołu, z wody, mogę śmiało napisać, że to urodzone modelki i modele. Kiedy potem podpływałem wynajętą od rybaka łodzią pod ciemne ściany skał, upstrzone niezliczonymi gniazdami białych mew, ich okrzyki nie wydawały się już tak przyjazne. Zresztą skały upstrzone były nie tylko białymi mewami, ale też i tym, co długimi smugami wypada spod ogona kormoranów czubatych…Wyspiarze darzą jednak swoich skrzydlatych współmieszkańców miłością dozgonną. Dosłownie -  na maleńkim, rundowym cmentarzyku   kamienne ptaszki pukają dziobkami w szarawe marmury i różowe granity tutejszych nagrobków …

Zanim ruszyłem w dalszą drogę wykupiłem z wyspowego sklepiku cały zapas puszek z fasolą w pomidorowym sosie i to nie dlatego, że za nią przepadam, ale ze względu na cenę -  tylko 3,5 zł. W kraju, w którym bochenek średniej jakości chleba kosztuje w przeliczeniu na złotówki co najmniej 10 zł, to okazja nie do pogardzenia (w jednym ze sklepów widziałem skarpety za … 300 zł – taaak, Norwegia to cenowa terapia wstrząsowa).

Geirangerfjord – fiord-legenda! Jeden z najdłuższych i najgłębszych – skały wystają nad powierzchnię wody na wysokość 1,4 km, a resztę chowają pół kilometra od wodą. Ma się tu wrażenie, jakby zza krzaka czy skały miał za chwilę wyskoczyć troll i chciał spłatać nam jakiegoś psikusa (bywają też i dobroduszne trolle). Na szczęście te owłosione, ogoniaste stwory nienawidzą słonecznego blasku (nieroztropnych zamienia w głazy) i można się tu za dnia czuć w miarę bezpiecznie. Poza tym, ostrzegą nas przed nimi oryginalne… znaki drogowe.

Pora przemieścić się dalej na północ, do Dovrefjell. Ten pokryty tundrą płaskowyż środkowej Norwegii to naturalna granica między południem kraju, a Trondheim, gdzie średniowieczni pielgrzymi nawiedzali grób króla Olafa II, który wprowadził w Norwegii chrześcijaństwo (Duńczycy przetopili w 1537 roku jego srebrną trumnę na … monety). Dziś to w dużej mierze rozległy park narodowy, w którym spotkać można stado dzikich reniferów, choć na mnie największe wrażenie zrobiły woły piżmowe, nazwane tak z powodu mocnego zapachu samców. Z daleka wyglądają, jak długowłose pekińczyki i dopiero w miarę zbliżania się do nich, rosną i potężnieją. I choć te kolosy (2,5 metra długości, 1,4 metra wysokości i około 400 kilogramów żywej wagi) wydają  się ruszać dość flegmatycznie, krążą mrożące krew w żyłach opowieści o tym, jakie to głębokie dziury potrafią wywiercić w brzuchach śmiałków, którzy zbliżyli się do nich na odległość zbyt intymną. I choć pewnie większość z tych historii to zwykłe straszaki, nie chciałem podchodzić za blisko (nie tyle ze strachu, co żeby zostawić je w ich świętym, tundrowym spokoju).

W nocy przekraczam koło podbiegunowe. Zimno! Pamiątkową fotkę robię nie tylko sobie, ale i sino-różowemu niebu, które przed kolejną przeprawą promową znów błękitnieje, stając się konkurencją dla lazuru tutejszych wód. Przede mną Lofoty!

Angielski The Observer uznał swego czasu Lofoty za drugie najpiękniejsze wyspy świata. Ten leżący na dalekiej północy archipelag został uformowany przez lodowce i trzęsienia ziemi, a ciepły Golfsztrom sprawia, że w tutejszych, krystalicznie czystych wodach natknąć się można nie tylko na niezwykłych kształtów brunatnice, ale także na … meduzy i koralowce! Ja natknąłem się dodatkowo na robotników z Polski, którzy stawiali tu charakterystyczne dla regionu domy na wysokich palach. Nie było to zresztą jedyne takie spotkanie – w typowej, lofockej wiosce, w typowej, lofockiej piekarni, z typowym, lofockim piecem, w którym wypiekano typowe, lofocke bułki za ladą stała typowa lofocianka, czyli … Polka. W każdej z mijanych wiosek na rozległych rusztowaniach suszyły się dorsze – co roku wisi ich tu prawie 15 tysięcy ton! Głowy wysyłane są potem do Nigerii, gdzie lądują w pikantnych, afrykańskich potrawach, a resztę kupują głównie Włosi, Hiszpanie i Portugalczycy. Okres połowów trwa od stycznia do czerwca, kiedy ryby płyną na tarło w kierunku Vestfjordu, po czym rozpoczyna się ich konserwowanie. Tradycyjnie odbywa się to na trzy sposoby: filetowanie, solenie i suszenie przez trzy tygodnie; drugi sposób to tzw. klipfisz – solenie, czyszczenie, ponowne solenie i suszenie w specjalnych piecach oraz tzw. sztokfisz – rozpłatane ryby wiesza się po dwie za ogony i suszy na chłodnym powietrzu. Spragnieni kulinarnych wrażeń mogą poznać stare metody ich przerabiania w wiosce o najdłuższej nazwie na świecie – Å. Na mnie największe wrażenie zrobiło Nyksund, wioska-widmo, w której zatrzymałem się na nocleg. Choć ślady osadnictwa sięgają tu ponoć czasów prehistorycznych, osada przeżywała swoje pięć minut jedynie pod koniec XVII wieku. Potem zbyt płytkie wody i fatalne drogi tak skutecznie wypłaszały z tego miejsca wszystkich rybaków, że w latach 70 ubiegłego wieku wioska opustoszała prawie zupełnie. W tej chwili interesują się nią przede wszystkim artyści, głównie ci, spowinowaceni z Hitchcockiem!

Kolejnym przystankiem na trasie mojej podróży było Stø, skąd wypłynąłem na podglądanie kaszalotów specjalnie do tego celu przerobionym kutrem rybackim, którego przerdzewiałą skorupę pokrywała nie wiadomo już która warstwa grubej farby. Płyniemy, płyniemy, a tu nic! Mija już trzecia godzina i dalej nic się nie dzieje (poza coraz silniejszym wiatrem i rosnącymi z każdą minutą falami). Morze posiniało, łajba niemiłosiernie kołysała i pokład zaczął się powoli zamieniać w szpital z pacjentami złożonymi wiadomą chorobą. Kapitanowi nie pozostawało nic innego, jak podjąć decyzję o zawróceniu i schronieniu się w  najbliższym archipelagu. Żaden kaszalot przy takiej pogodzie i tak by się tu nie pojawił. No cóż – bywa. Mówi się trudno!

Aż tu nagle … tuż przy prawej burcie wystrzeliła w górę potężna fontanna! Jest! Długo szarpałem się z zamkiem kurtki, pod którą ukryłem aparat, bo zdradzieckie fale potrafiły przetaczać się przez nasz pokład zupełnie znienacka. Nie było już czasu na jego ustawianie, te potężne zwierzęta wynurzają się przecież tylko na chwilę, a do następnego nie będziemy już mogli czekać. Ze stalowo-burego morza powoli wysunęło się czarne, błyszczące cielsko i pruło przed siebie. Żadne zdjęcie nie odda nawet w części tego, co przeżywa się w takiej chwili. Patrzysz i chłoniesz, od pierwszej chwili do ostatniej, kiedy stwór daje nura i żegna cię swoim potężnym ogonem, który z prawdziwą gracją znika po chwili w morskich czeluściach …

Odbijam na wschód. Drogowskaz „Narwik” znowu kieruje moje myśli ku Polsce… Chcę jeszcze powędrować po Abisko, w północnej Szwecji, i dojść do dwóch potężnych wzgórz, tzw. Bramy Laponii. Ta część Gór Skandynawskich porośnięta jest głównie tajgo-tundrą, która w miarę wędrowania przechodzi w kamieniste pustkowie. Co tu hasa i fruwa? –  niedźwiedzie, lisy polarne, sowy śnieżne, orły przednie i bieliki, a także pardwy, które zimą, jako zdeklarowane wegetarianki, muszą w poszukiwaniu pokarmu drążyć pod śniegiem długie korytarze. Po kilku godzinach marszu spotkałem też stado reniferów. Najdłużej, jednak, zapamiętam   nury czarnoszyje. Ich mała, czarno-biało upierzona rodzinka pływała sobie spokojnie po ukrytym między wzgórzami jeziorze – mama nur razem z nurątkiem, a dumny tata nur w pewnej od nich odległości. Kiedy zacząłem się z lufą aparatu fotograficznego zbliżać niebezpiecznie blisko do brzegu, tata nur rozpostarł skrzydła, wypiął groźnie swą niedużą pierś i … stanął pionowo na wodzie. Ja, z kolei, stanąłem jak wryty. Szkoda, że nie miałem wtedy ze sobą magnetofonu, bo dźwięki, jakie wydawał były do niczego niepodobne. W geście niekłamanego szacunku dla odwagi i poświęcenia tego ptaka odłożyłem aparat i spokojnie odszedłem od brzegu…

Zanim ruszyłem na południe, wypociłem trekingowe trudy w malowniczej, wiejskiej saunie, w  okolicznościach niepodrabialnej, skandynawskiej przyrody. A na promie Polska dopadła mnie znów – robotnicy, płynących z „saksów”, tuż po otwarciu sklepu wolnocłowego wypełnili korytarze wiadomymi opakowaniami szklanymi, w celach równie wiadomych. I tak historia zatoczyła swoje szydercze koło…

MAREK PINDRAL

Możliwość komentowania jest wyłączona.