Święta Woda

„Ganges”, jak żadne inne słowo, ustawia się szybko za „Indie” w kolejce naszych skojarzeń. Dla Hindusów najpierw była Ganga, a potem Indie, którym matkuje. Ponieważ w jego (czy też  „jej”) wodach zmyć można wszystkie swoje grzechy i grzeszki, przybywają nad brzegi świętej rzeki całe tabuny, spragnione oczyszczenia i pluskają się malowniczo w sinych falach tego kolosa (2700 km), obmywając z brudu wszelakiej natury. Cicho szepczą modlitwy i równie po cichu marzą, żeby po śmierci  właśnie Gandze swoje  prochy oddać i w ten sposób wytargować  lepszy  come back. Ot, taka transakcja wiązana! A  Ganges wszystko to cierpliwie znosi i unosi, choć czasem miarka się przebiera i wtedy ratuj się, kto może!

Różnie ludzie o narodzinach Gangesu gadają. A że na coś trzeba się w końcu zdecydować, wybrałem sobie za przewodniczkę podanie o niebiańskiej krowie, z której pyska wypłynęły jego wody. Celem wyprawy został, zatem, lodowiec Gangotri, spod którego, w miejscu zwanym Gaumukh, czyli „krowi pysk”, wyrywa się z hukiem szary, rwący potok.

Pierwszy przystanek to Haridwar, całkiem spora pielgrzymkowa miejscowość, rozłożona w miejscu, w którym Ganges, po górskich przejściach, zaczyna się powoli uspokajać, dostojnieć. To jedno z kilku świętych miast, w których co 12 lat odbywa się Khumb-Mela, zgromadzenie setek tysięcy pątników, przybyłych w nadziei całkowitego oczyszczenia się z win (ich bogowie to nie lada ziółka – pewnego razu tak się z demonami o dzban z nektarem nieśmiertelności tłukli, że zanim Wisznu zdołał im go odebrać, kilka kropel (najczęściej mówi się o czterech) spadło na ziemię i do tych właśnie miejsc, rotacyjnie co trzy lata,  nadzieja przywodzi nieprzebrane tłumy).

Najlepiej tak swoim żywotem manewrować, żeby pod jego koniec w takiej właśnie chwili móc się w Gangesie popluskać, ostatnie tchnienie wydać w pobliżu ghat (gdzie przedtem załatwiamy sobie spalenie), potem fru z powrotem do Gangesu i dzięki takiemu pakietowi wcielenie sto razy lepsze od obecnego mamy bankowo zaklepane, a może nawet nasza przedsiębiorczość wyrwie nas wreszcie z  kołowrotu śmierci i narodzin. Próbować, w każdym razie, zawsze można. I nie myśl bynajmniej, Czytelniku, że ja tu sobie stroję jakieś żarty. O nie! Jest nad Gangesem  sporo miejsc, w których   spotkanie ze śmiercią  wyznaczyło sobie wielu i żeby się, nie daj Bóg wszelaki, nań nie spóźnić, czekają tu cierpliwie dniami i nocami. Najczęściej odwiedzanym miejscem w Haridwar jest Har-ki-Pairi. W tym właśnie miejscu Wisznu pozostawił na kamieniu odcisk Swojej stopy, co w połączeniu z rwącym  nurtem Gangesu daje moc, która przepierze najbardziej nawet najgorsze brudy. Nic, zatem, dziwnego, że rozłożyło się tu tyle ghat z kapliczkami i świątynkami.

Kiedy przybyłem do Haridwar było późne popołudnie i po kilkugodzinnej jeździe rozklekotanym i niemiłosiernie nagrzanym autobusem, czułem się, jak grzanka, wyskakująca z tostera. Szuka wtedy człowiek najbliższego przybytku, mógłby wreszcie wziąć prysznic i rozłożyć na pryczy. Niestety, nadzieja na przyjemny chłód wody prysła wraz z jej pierwszymi, ciepłymi kroplami. Na szczęście, wiatrak pod sufitem działał i rozpędzał nieco żar powietrza. Aby do wieczora!

Kiedy do ponurego pokoju zaczął się wreszcie wślizgiwać miły chłód, wyruszyłem w kierunku Har-ki-Pairi. Nie zamierzałem, jednak, wlec swej, ciągle jeszcze ospałej, ziemskiej powłoki osobiście i skorzystałem z pomocy. A że trafiła się akurat riksza z napędem nożnym, dotarłem na miejsce przepełniony jakże szlachetnym współczuciem dla mojego „kierowcy” (droga była długa i cały czas lekko pod górkę; cóż, taka karma!). Zaliczyłem, przy okazji, widok całej głównej ulicy z jej sklepikami, kramami, garkuchniami (to tu spotkałem potem największego w całym swym podróżniczym życiu prusaka – wędrował sobie spokojnie wokół mojego talerza; za odwagę wspaniałomyślnie darowałem mu życie).

Ganges robi w tym miejscu rzeczywiście ogromne wrażenie. Pokazuje swoją potęgę w całej okazałości i nawet przy brzegach kąpiący muszą się trzymać łańcuchów, żeby ich nie porwał.

Dla mniej odważnych jest i spokojniejsza odnoga, tuż przy długich schodach, otoczona wianuszkiem różowawych, strzelistych kaplic. W powoli zapadającym mroku rzeka wyglądała jeszcze bardziej tajemniczo i jeśli była matką, to raczej surową, a nawet groźną. Przespacerowałem się mostkiem, rozpiętym nad wspomnianą odnogą i podziwiając grę świateł odbitych od powierzchni wody oraz puszczane na nią w ofierze łupinki kokosów z płatkami róż i zapalonym kagankiem, zszedłem nad brzeg głównego nurtu. Z bliska rzeka wydaje się jeszcze bardziej pędzić, cała ta masa szarej wody gna bez wytchnienia przed siebie i szumi, szumi, szumi. Przy brzegu nieliczni pielgrzymi kończyli już swoje ablucje, krowy przechadzały się w majestacie świętości, niebo coraz bardziej granatowiało. Nigdy, przenigdy nie przemknął mi wcześniej przez głowę pomysł, aby paść w mokre ramiona Gangi i zanurzyć się w jej matczynych objęciach. Aż tu nagle …  Będzie, co ma być! Wiarę, że woda tak uświęcona nie może mi przecież wyrządzić żadnej krzywdy, wspartą miałem stosownym  szczepieniem (nie od dziś wiadomo, że Pan Bóg najchętniej strzeże tych, którzy Go w tym wyręczają), więc i moje stopy zaczęły nieśmiało zstępować po kamiennych stopniach w bosko chłodny nurt. Łańcuchy przydały się bardzo szybko, chwilami trudno było ustać. Raz, dwa, trzy i już cały wylądowałem pod wodą. Precz me przewinienia wszystkie, spłyńcie ze mnie, niech was ocean pochłonie! Rzecz bardzo dziwna – wcale nie czuje się zimna, a przecież te hektolitry dopiero pospadały z Himalajów. Jeszcze dziwniejsze jest to, że mimo wielokrotnych, niczego ze sobą na skórze nie przywiozłem do kraju. Ganges, choć tak bardzo go zanieczyszczają, nigdy nie był źródłem wielkich epidemii. Trzeba jednak szczerze przyznać, że w miarę zbliżania się do jego delty, ochota na kąpiele raczej przechodzi, bo ilość wrzucanych doń nie do końca spopielonych ciał, drastycznie wzrasta.

Następnego dnia rano pobudka o ambitnej, piątej godzinie – chcę zdążyć na poranne modły. Tym razem przemierzam miasteczko w kompletnej  ciszy, przerywanej jedynie klekotaniem rikszy, zamówionej poprzedniego dnia. W miarę zbliżania się do Har-ki-Pairi pojawiało się coraz więcej ludzkich sylwetek, skrzypiały otwierane stragany, zapalano żarówki, a nieustanny szum rzeki stawał się coraz wyraźniejszy. Szybki zeskok z odkrytej dwunóżki, zapłata za usługę, żwawy krok w kierunku ghat, ściągam buty i bose stopy już schodzą po zimnych jeszcze stopniach w kierunku kolorowego tłumu, skupionego wokół kapłanów. Niebo powoli różowieje, w dole rozpędzona rzeka przejmuje kolor nieba, a nad jej brzegami kobiety, spowite w wielometrowe sari, siedzą i stoją niczym wielobarwne kleksy. Twarze pełne skupienia, usta powoli przesuwają wyrazy mantry o potężnej mocy (Gaajatri), a w oczach odbite setki razy pięć płomieni z obrzędowego świecznika w kształcie kobry (Panchaarati), którym kapłan kreśli w powietrzu znaki, prosząc Boga o przyjęcie modlitw i bezpieczne schronienie u Jego stóp. Woda, ogień, powietrze, ziemia. Wszystko uświęcone, wszystko dające energię, wszystko godne poszanowania, bo we wszystkim przejawia się Najwyższa Istota.

W żadnym, chyba, innym kraju (może poza Tybetem) nie ma do dziś takiego przenikania się, czy też raczej – takiego nieoddzielania religii od codziennego życia we wszystkich jego przejawach. Żaden inny kraj nie wchłania w siebie tylu wyznań i nie okazuje im takiej tolerancji, co Indie. Przychodzi mi w tym kontekście na myśl  mądra myśl Hermana Hessego: „Kiedy Bóg wyraża się inaczej w Hindusach i Chińczykach, niż w Grekach, nie stanowi to wcale braku, lecz bogactwo”. Oczywiście i tu zdarzają się tarcia i konflikty o podłożu polityczno-religijnym, czy raczej (jak wszędzie) – zrodzonym z podszytej ignorancją i strachem nietolerancji, dla których religia stanowi tylko łatwo dostępną zasłonę dymną, bez większego trudu drapiącą tak przecież delikatną tkankę ludzkich uczuć, które potrafią zacisnąć dłoń w pięść. Ale nigdzie chyba indziej przy jednej ulicy nie spotkałoby się takiego puzla, którego elementy, powycinane w półksiężyce, sylaby Om, krzyże, swastyki (prastary symbol mocy kosmicznych) tak łatwo by do siebie pasowały.

Pod koniec tego rozmodlonego powitania dnia dłońmi zagarniam energię płomienia. Niech oczyści, niech wzmocni. A wydawałoby się, że wody z ogniem połączyć się nie da!

Kiedy niebo zabarwiło się już na blady błękit, woda zaczęła zapełniać się męskimi ciałami, których jedyną osłoną było dhoti, biała przepaska na biodrach oraz kobietami, które zamaczały się bez odkrywania swoich ciał. Jaką ucztą dla oka były młode, kruczowłose hinduski wychodzące z wody w przylepionych do ciała kolorach materiału, pisać chyba nie trzeba. Oblekały się potem w swoje wielometrowe sari, przerzucając wolną część sukna przez lewe ramię. I jeszcze te ich spuszczone skromnie głowy, stopy i nadgarstki pobrzękujące złotymi bransoletami, cudowne, pełne usta i wielkie, sarnie oczy – nabożeństwo w niczym nie ustępujące temu, które przed chwilą zakończyli kapłani! I tak, wiek za wiekiem, dumnie obnoszą swoją urodę i kobiecość, wybierając, w przytłaczającej większości, stroje tak bardzo te cechy podkreślające i  nam, mężczyznom, poprzez swoją tajemniczość i nie podawanie wszystkiego na tacy, zostawiając tę cudowną grę z wyobraźnią.

Czas i na moją kąpiel. Tym razem postanowiłem dokonać jej zgodnie ze wszystkimi, przewidzianymi na taką okoliczność, obrzędami. Kiedy ja wyskakiwałem z ubrania, do mnie doskakiwał już, chętny do pomocy przy owej czynności, płatny (a jakże!) pomagier duchowy. Wybrałem okazałą łupinę kokosa z ogarkiem w środku, nieco prasad (pokarm ofiarowany bogom), czerwone płatki kwiatów i pod dyktando mojego wodnego „kapłana” zacząłem recytować sanskrycki tekst modlitwy. Mój cicerone wyrzucał z siebie niezrozumiałe dla mnie wyrazy z szybkością karabinu maszynowego, więc do bogini Gangi trafiało „piąte przez dziesiąte”, bo tyle udało mi się wychwycić i z trudem powtórzyć. Potem zapalanie światełka i mój kokos płynął już sobie w towarzystwie wielu innych, ofiarnych łódeczek, które zamiast żagla miały mały płomyk. Ostrożnie zszedłem po przetartych milionami stóp schodach do wody, zanurzyłem się cały i na koniec czoło przyozdobiono mi czerwoną tilaką, znakiem z pasty sandałowej, symbolizującym trzecie oko, którym mogłem teraz łypać, poznając prawdziwą naturę wszechrzeczy. Zanim, jednak, za jego pomocą przejrzałem na wylot, jakimi żyłkami do interesu obleczone są kości mojego kapłana z bożej łaski, zdążono już ode mnie pobrać stosowne  100 rupii i dopiero teraz  mogłem się uważać za przynajmniej częściowo oczyszczonego. Wyskoczyłem więc z tego wodnego konfesjonału i posiedziałem jeszcze długo wpatrzony w przesuwający się Ganges, bacząc, żeby tej mojej prywatnej mszy nie przerwał jakiś sturupiowy pomocnik.

Długo siedzieć się nie dało, bo słońce zaczęło już swoją pracę w pocie czoła i trzeba się było schować do najbliższego cienia. Cudownie schłodzona woda mineralna daje ulgę tylko na chwilę, bo kiedy wystawiam swoje kończyny na zewnątrz i zaczynam się ruszać, wszystko zaczyna parować i już za chwilę mam wrażenie, jakbym przyodział się w mokrą ścierkę. Ciekawość świata jednak zwycięża – trzeba pobuszować trochę po okolicy, obfitującej w przeróżne świątynie. Warto wybrać się do Mansa Devi, która poświęcona jest żonie Sziwy (znajduje się na szczycie całkiem sporego wzgórza). Bogowie musieli być dla mnie owego dnia bardziej, niż łaskawi – na jego szczyt można dojechać kolejką linową. Huraaa! Nie będę musiał się smażyć w czasie wspinaczki do świętego przybytku. Na szczycie, przesuwając się od jednego ołtarza do drugiego żałuję jedynie, że nie można robić zdjęć. Za to widoki na zewnątrz są przepastnej natury – cała dolina Gangesu, jak na dłoni. I nawet śmieci stąd nie widać!

Na dole znowu upał nie do wytrzymania i do tego niemiłosierny tłok i hałas głównej ulicy, która z góry wyglądała, jak długa rynna, wypełniona kolorowym, ludzkim potokiem. Wszystko znów zaczyna się lepić. Zaspokajam głód kilkoma owocami, bo nic ciepłego raczej nie przeszłoby mi przez gardło. I szybka decyzja – uciekam z tej patelni do położonego nieco już wyżej Rishikesh. Może tam będzie nieco chłodniej…

Podróż trwa niecałą godzinę, ale finał rozciąga mi usta w szeroki uśmiech. Góry! Szybko uciekam z obskurnego placu, który robi tu za dworzec autobusowy, przesiadam się do rikszy, która wesoło pyrkając wiezie mnie przez hałaśliwe i obskurne centrum, upstrzone jedno- lub dwupiętrowymi klockami z betonu. W tej części miasta zatrzymują się chyba sami szaleńcy, albo masochiści, co na jedno wychodzi. Zatrzymuję się znów nad Gangesem, jakieś dwieście metrów od Shivanand Jhula, wiszącego mostu, który zaprowadzi mnie do cichej, ukrytej w zieleni części miasta, zwanej Swarg (niebo) Ashram, pełnej świątyń, aszramów, małych hoteli, a przede wszystkim odgrodzonej od ruchu kołowego. Most, czy też raczej wielka, wisząca kładka, kołysze się lekko pod stopami pielgrzymów i turystów. Ganges jest pod nim bardziej dziki, niż w Haridwar. Przeciskam się wąskim przejściem na drugą stronę rzeki zaczynam szukać noclegu. Po drodze skusiły mnie jednak śpiewy i klaskania wielokolorowego tłumu, który zajął wszystkie schody i schodki schodzące do świętej rzeki. Nawet największe zmęczenie potrafi czmychnąć przed tą radosną atmosferą, której echo niesie się daleko z nurtem wody i odbija o ścianę zielonych gór. Przycupnąłem i  ja, szybko włączając się do  kołysania i klaskania w rytm słyszanych śpiewów, którym towarzyszyły dźwięki tabli, harmonium i tamburyna. Zachód słońca, kapłan z wysoko uniesionym ogniem, na wodzie dziesiątki ofiarnych łupinek kokosa z płomykiem w środku, niebo roziskrzające się milionem gwiazd. Ach, gdybym tak mógł móc się tu położyć i zasnąć, ukołysany milknącym śpiewem pielgrzymów i szumem Gangi. Nic złego pod jej opieką stać mi się nie może tym bardziej, że na szczycie bramy wejściowej strzeże nas Kriszna w swoim rydwanie, a po prawej wielki Rama układa się do snu w ramionach Sity. Co prawda oboje są pokryci kolorami tak odblaskowej natury, że oczy mogą się rzucić w niekontrolowany pląs, ale granatowy zmierzch zaczął już wszystko pokrywać łagodzącą wszelkie ekscesy poświatą…

Moje legowisko było mniej romantyczne – brudne łóżko, rozlatujące się deski, które w młodości były chyba szafkami plus klitka, która dzięki dwóm dziurom (jedna, z wciśniętą w ścianę  rurką, udawała prysznic, a druga, w podłodze – wc) mogła nosić miano łazienki. Przezornie zabrałem z Polski  prześcieradło i szarobrązowe coś, co leżało na wyrku, szybko zamieniło się z nim miejscami.

W nocy burzysko z walącymi co rusz piorunami, a rano – niebiańsko rześkie powietrze, niepokalany błękit nieba i temperatura już od wczesnego ranka, podobna, niestety, do piekielnej…

W „hotelowej” „restauracji” (obydwa cudzysłowia jak najbardziej uzasadnione!) obsługa ruszała się tak wolno, że muchy w smole to przy nich prawdziwe perszingi. Szybko zrezygnowałem z jej oferty i poszukałem sobie taniej garkuchni, w której bebechy nie były skazane na tortury wiecznego czekania. A wokół labirynt aszramów i świątyń, z których niektóre strzelały wielopiętrowo w górę niczym rakiety, które wśród kłębów zieleni chcą wystartować prosto do nieba. Krowy, pielgrzymi, krowy, pielgrzymi, krowy ….. . i cały, ma się rozumieć, odpustowo-jarmarczny zestaw – stragany, jedzenie, śpiewy, kadzidła, dzwonki, żebracy. Sporo bardzo dobrze zaopatrzonych księgarń, mnóstwo tłumaczeń na  angielski. W jednej z nich poczułem się, jak prawdziwy Ali Baba, kiedy po zakupieniu pięknie ilustrowanej i, niestety, drogiej Kama Sutry właściciel widząc tak szastającego mamoną klienta rozsunął nagle jedną ze ścian, za którą ukazał się widok iście sezamowy – złote i srebrne figurki, kość słoniowa, ponacinana w przeróżne wzory, materiały tak bajeczne, że gdybym był kobietą, nie zdołałbym sie im oprzeć. Kiedy jednak spojrzałem na ceny, z ledwością i przy wydatnej pomocy całego swojego kunsztu aktorskiego, powstrzymywałem w jamie ustnej okrzyk, który brzmiałby pewnie z grubsza, jak następuje: „Czy was wszystkich przypadkiem stado świętych krów w mózgi nie pokopało?!”. Aktorski egzamin jednak zdałem, czego dowodem było ograniczenie się jedynie do cmoknięcia ustami i wydobycia kilku nieartykułowanych dźwięków, które tylko jakiemuś desperatowi mogły dawać nadzieję na mój powrót do owej tajemniczej komnaty.

W odzienie wszelakie też można się tu zaopatrzyć, szczególnie, jeśli ktoś gustuje w garderobie swoich rodziców, a nawet dziadków, bo czas dla mody stanął tu na latach 60tych, kiedy przybyli do Rishikesh Beatlesi, spragnieni nauk Maharishi Mahesh Yogi. Nic, jednak, tak świetnie do noszenia tu się nie nadaje, jak białe, cieniutkie i przewiewne spodnie i podobna koszula z długimi rękawami, obowiązkowo bez kołnierzyka, za to często haftowana (na szczęście też na biało, więc nie będę wyglądał, jak reinkarnacja Czesława Niemena). Nabawiwszy oko lokalnym kolorytem, można sobie urządzić przechadzkę do miejsca, w którym  Lakshman, brat Ramy, przeskoczył o suchych stopach Ganges. Ale działo się to w czasach gigantów, Wam czynić tego nie doradzam. Zresztą, kiedy zobaczycie, jak szeroki jest tu Ganges, nawet przez sekundę taki pomysł przez głowę bałby się Wam przemknąć. Powłóczyć się jednak po okolicy warto, bo pełna jest przeróżnych, wędrownych mędrców, sadhu, malowniczo ubranych, albo rozebranych, młodych i starych, z mlekiem pod nosem, albo tak zarośniętych brodami, wąsami i dredami, że na Jamajce zbili by kokosy, robiąc za guru wizażu.  Jeśli, jednak, nie jesteśmy wyposażeni w długie lufy obiektywów, to nie strzelajmy do nich z bliska, bo naruszymy ich prywatność i spokój duchowy, który łatwo może z nich ulecieć, bo nie zawsze są to istoty tak już bliskie nirwany, że emanuje z nich jedynie święty spokój. Jednym pstryknięciem możemy wtedy zaprzepaścić całe lata ich duchowej drogi i choć do rękoczynów raczej nie dojdzie, to po jakże przyziemnym wybuchu swojej złości będą się stresować, że tak łatwo dali się ze swojej ścieżki zawrócić.

Przy jednej z ghat obfotografowałem malowniczego grajka z kobrą, która niczym oślizgły, gruby sznur zaczęła się wyłaniać z kosza i wić do taktu, czy też raczej „do gestu” swojego zaklinacza. Kiedy skończyłem, fujarzyna zaczął ode mnie żądać zapłaty za swoje „pozowanie”. Jako, że w oczy me nie rzucił się najmniejszy napis, że ów jednoosobowy teatr to przedsięwzięcie z gruntu komercyjne, zacząłem się spokojnie i bez wyrzutów mego wschodnioeuropejskiego sumienia, oddalać. Widok był przedni – jeszcze przed sekundą hindus, zapadający wraz ze swym gadem w muzyczny trans, w mgnieniu oka zwinął cały swój majdan i rzucił się w pogoń za swym oprawcą, czyli mną. Tylko kamera byłaby w stanie oddać komizm owego pościgu – dyndający na głowie turban, pod jedną pachą fujara, a pod drugą kosz z niedomkniętym wiekiem, spod którego wychylił się łeb kobrowej tancerki i podskakiwał w takt szybko przebieranych nóżek mojego ścigacza. Byłem, na szczęście, szybszy!

Skoro Ganges tak przyjaźnie mnie już wcześniej przyjął, to i tym razem postanowiłem poszukać ulgi w Jego chłodzie. Zszedłem nad piaszczysty brzeg i szybko zdjąłem buty, bo nogi grzęzły po kostki w gąbczastym podłożu. Co za miejsce! Wokół ani żywej duszy, z trzech stron zielona, pionowa ściana gigantycznego lasu, fale rozbryzgiwane skałami. Trzeba się, jednak, bardzo pilnować, bo Ganga może nas łatwo porwać i rzucić o któryś z głazów. Mnie znów okazała łaskawość, dając nawet sposobność odwiedzin u sadhu, który swoje „domostwo” miał ukryte głęboko w zaroślach. Przeuroczy był ten mój półnagi interlokutor, niespiesznie pędzący swój pustelniczy żywot przy pędzącej Gandze. Jakże  niewiele, w gruncie rzeczy, trzeba, żeby poczuć się szczęśliwym!  Jeszcze tylko zdjęcie z grubym fallusem (lingam), ustawionym na leżącym kamieniu (joni, symbol sił kobiecych) i  pobudzony mieszanką damsko-męskiej energii znów przedzieram się przez gąszcz cieniodajnej zieleni i śmiało stawiam czoła lejącemu się z góry wrzątkowi. Wieczorem znów nad Ganges, znów wtapiam się w rozśpiewany tłum, znowu klaszczę, patrzę, chłonę. Świat ciemnieje, po wodzie pływają małe ogarki,   miech harmonium chodzi na pełnych obrotach … Tysiące ważnych spraw okazuje się wcale nie tak ważnych, są gdzieś daleko, a może wcale ich nie ma. Ganga znowu zaczyna Swoje czary!

Nazajutrz, wynajętym samochodem pojechałem w górę rzeki zobaczyć jaskinię, w której mieszkał Wasziszta. To on, w czasach tak zamierzchłych, że mówią o nich tylko legendy, swoim uporem  zapewnił braminom tak wysoką pozycję w społeczeństwie . Był też nauczycielem Ramy, bohatera najpopularniejszego, obok Mahabharaty, eposu staroindyjskiego – Ramajany; istnieje nawet poemat filozoficzny w formie rozmowy między obydwoma postaciami, choć powstał, jak na indyjskie warunki bardzo niedawno, bo prawdopodobnie między IX a XIII wiekiem naszej śródziemnomorskiej ery, a wtedy obaj panowie już od grubych tysięcy lat nie bawili na tym świecie.

Droga zajęła około godziny, wspinaliśmy się cały czas pod górę, a Ganges cały czas to się pojawiał, to chował, wijąc wśród soczystozielonych gór. Kiedy dojechaliśmy na miejsce (mało kto o nim wie), zeszliśmy stromym zboczem na dno niewielkiej doliny, otoczonej zewsząd wysokimi, prawie pionowymi ścianami lasu, wśród których buzował Ganges. Niewiarygodnie brzmi w takiej ciszy jego szum. Ani żywej duszy, tylko stadka wielkich motyli wirowały mi nad głową. Wśród drzew zamajaczył niewielki domek – mieszkanie opiekujących się tym niezwykłym miejscem pustelników. Powoli zacząłem wchodzić do jaskini. Jest wydłużona w całkiem spory korytarz, przez co szybko otoczyła mnie całkowita ciemność. Jeszcze bardziej zwolniłem kroku i stąpałem jeszcze ostrożniej. W pewnym momencie mój kompan o coś się potknął. O coś żywego! Tysiąc myśli przemknęło nam przez głowę w tamtej chwili na czele z tą, że oto naruszyliśmy święty spokój tygrysa i za chwilę blade kawałki naszych ciał przeciskać się będą serpentynami jego bebechów. Pomocy znikąd, bo miejsce dzikie, rozszarpanych ciał już nie zidentyfikują i nawet na legendę nie będzie co liczyć! Na szczęście, kiedy oczy zaczęły już przywykać do indyjskich ciemności okazało się, że to półnagi, nieruchomy fakir, który w tej właśnie jaskini znalazł sobie dogodne miejsce do niczym niezakłóconych medytacji. Naiwny! Teraz  stąpaliśmy już jak baletnice, na samych opuszkach palców, żeby żadnego ewentualnego samotnika nie staranować swoimi  buciorami o judo-chrześcijańskich podeszwach i dalekowschodnioeuropejskich sznurówkach. Żaden, na szczęście, nie siedział nam już na drodze. Dotarłem wreszcie do końca pieczary, gdzie palił się mały ogarek i tliły kadzidełka. Najpierw chwilę posiedziałem w stosownej, nabożnej pozycji, a potem ległem na zimnej skale. Poczułem się, jak kret, który wszedł głęboko pod ziemię, do swojego ciemnego schronienia i zostawił  za sobą cały ten rozgoniony świat na górze, który nie wie, albo nie chce wiedzieć, że czasami tylko kilka centymetrów dobrej woli dzieli go od świętego spokoju. Zamknąłem oczy i nie wiem, czy byłem czy mnie nie było. Wasziszta. Rama. Dziesiątki tysięcy lat tradycji. I ja. Pomilczę trochę…

Nagle coś się w ciemności zakotłowało i posypał się na nas grad kamieni. I znowu grobowcowa cisza. Za chwilę to samo! Tym razem pewnie małpy dawały nam do zrozumienia, że naruszyliśmy ich królestwo i żeby nie rozgniewać tak przecież zasłużonego dla Ramy małpiego wojownika Hanumana, zaczęliśmy odwrót. Ruszyliśmy szalonym, hinduskim sposobem z powrotem do Rishikesh, mając po cichu nadzieję, że hamulce nie zostały sprzedane przez naszego obrotnego kierowcę na złom.

Trzeba się porządnie wyspać, bo przed nami całodniowa jazda-wspinaczka do jednego z najświętszych miejsc hinduizmu – wioski Gangotri.

Mimo, że zerwany bladym świtem, nie załapałem się już na pojazd, zwany przez tubylców autobusem i trzeba było wynająć dżipa. Okazał się zbawienny, bo towarzysz mojej wyprawy już od Haridwar cierpiał niemiłosiernie z powodu skrętów jelit. Trzeba było się zaszczepić! Trzeba było patrzeć, co się do gęby pakuje! Cierp teraz ciało, skoro rozumu nie miało! Cierpiętnik rozłożył się na tylnim siedzeniu, bez widoków jednak na widoki. A te były w dechę. Podziwiać i delektować się wszystkim można było w spokoju, bo tempo było stosowne do wdrapywania się serpentynami na wysokość przeszło 3000 m npm. Zaczęło się od cudownych tarasów z polami ryżowymi, które pracowici górale powycinali w  stokach gór. A swoje domy mają tak położone, że oczu oderwać nie można, choć cena za zamieszkiwanie w tak pocztówkowych okolicznościach górskiej przyrody wysoka i rosnąca z każdym kilometrem w górę – wszędzie daleko i wyprawić się niebezpiecznie, bo lawiny i osunięcia ziemi czy błota nie raz jeden i nas na długie godziny zatrzymywały. A co, jeśli osunie się nie przed czy za nami?! Lepiej nie myśleć. A wioskowe dzieciaki dzień za dniem muszą wędrować do szkoły, słońce nie słońce, deszcz nie deszcz, wiatr nie wiatr, śnieg nie śnieg. Jedziesz tak sobie człowieku i widzisz od czasu do czasu w przepaści szkielet dżipa, podobny do twojego. Jedziesz jednak dalej. Coś cię pcha…

Małpy zerkają na nas szeroko otwierając pyszczki, rajskie papugi chwalą się piórami i tylko kozy skubią sobie spokojnie trawę, nie okazując żadnego zainteresowania naszymi bladymi twarzami. Lasy z czasem rzedną, małpy i papugi znikają, tylko Ganges, coraz węższy i głośniejszy ciągle nam towarzyszy. Przejeżdżamy przez kamieniołomy, rozsypane przy nich prowizoryczne osady, mijamy wojskowe koszary (niedaleko Tybet, czy jak wolą niektórzy – Chiny), robi się coraz zimniej, stajemy, lawina skalna, czekanie, usuwanie, gdzieś w oddali zamajaczyły pierwsze, ośnieżone szczyty. Kierowca, jak wszyscy tutaj, to mistrz świata i cudem dojeżdżamy wreszcie pod wieczór do Gangotri, mimo, że spod kół nieraz obsuwała się nam ziemia nad skrajem przepaści (kiedy z powrotem wracaliśmy tak niemiłosiernie napakowanym autobusem, że większość całodniowej podróży odbyłem na jednym pośladku, tuż przed Rishikesh odpadło nam koło! Gdyby stało się to wcześniej, podzielilibyśmy z całą pewnością los wspomnianych, zardzewiałych szkieletów). Jeszcze tylko kilka różowo-białych, pionowych kanionów z rozszalałą w dole rzeką, kilka trzeszczących mostów i ostrzeżeń klaksonem dla ewentualnych, niewidocznych dla nas pojazdów, które mogą nadjeżdżać zza zakrętów drogi wyciosanej w prawie pionowych ścianach i zatrzymujemy się przy pierwszych zabudowaniach wioski. Dalej już tylko nogi nas poniosą…

Kiedy w drodze do Gangotri przebijaliśmy monsunowe chmury, pnąc się coraz wyżej, nasze uszy odpoczywały od szumu Gangesu, bo ten zostawał coraz bardziej w dole, stawał się cienką, szarą nitką, rozciągniętą między górami. A tu nagle huk i grzmoty! To znowu on, zwany na tym odcinku Bhagirathi. Przypomniał nam o sobie. Jego drugi początek, wypływający ze zboczy Nanda Dewi, nosi nazwę Alaknanda; obydwa potoki łączą się w miejscowości Dewaprajaga i dalej płyną już jako majestatyczny Ganges.  Ponieważ robiło się coraz ciemniej i mglisto, a w wiosce paliły się tylko lampy naftowe, wybraliśmy na nocleg najbliższe schronienie, tuż przy urwisku skalnym, o które Ganges roztrzaskiwał swoje wody. Przykryty kilkoma warstwami koców nie tylko ze względu na zimno, ale i dla stłumienia odgłosów tego szaleństwa, próbowałem zasnąć.

Kiedy rano, po wymyciu się w przeraźliwie lodowatej wodzie, wyszedłem na zewnątrz, wioska jeszcze spała, przykryta pierzyną mgły. Tylko Ganges z hukiem informował mnie, że jest tuż pode mną i musi się teraz przedzierać skalnym wąwozem, dudniąc po nocach.  Żeby nas, jednak, nieco udobruchać wysyłał bez ustanku przyjemną mgiełkę z milionów kropelek. Kiedy słońce odważnie wyjrzało już zza szczytów gór zobaczyłem, że Gangotri wciśnięte jest w niewiarygodnie wąską dolinę. Po środku wioski, na zboczu góry, stoi świątynia poświęcona Gangesowi, choć jego faktyczny początek, ze względu na cofanie się lodowca, znajduje się 18 km stąd. Swój obecny kształt przybrała w wieku XVIII., ale  początkami sięga wieku VIII ! Gangotri to jedna z najpiękniej położonych wiosek, jakie kiedykolwiek w życiu widziałem. Kiedy słońce na dobre już lizało blaszane daszki świątyni, daleko przed nami, hen u końca zygzakowatej doliny ukazały się trzy ośnieżone szczyty masywu Bhagirathi. To w ich stronę jutro wyruszymy.

Póki co, trzeba się rozejrzeć i pobuszować po osadzie. To w zasadzie jeden, długi szpaler sklepików, chat z pokojami dla pielgrzymów i  włóczęgów, maleńkich aszramów, garkuchni i przycupniętych łupaczy kamieni. Po drugiej stronie mostku można przespać się wśród strzelistych cedrów himalajskich i czasownik „przespać się” jest tu jak najbardziej na miejscu, bo chaty są bardziej oddalone od rwących na łeb, na szyję hektolitrów świętej wody. Tam też przenieśliśmy się z całym naszym włóczęgowskim inwentarzem.

Szczęśliwym trafem  zbliżało się akurat święto narodzin Kriszny i z okolicznych wiosek ściągały ze śpiewem i tańcem pielgrzymki ogorzałych wieśniaków, niosących na ramionach przykryte kolorowymi szatami figury swojego świętego. Walili w bębny i tamburyny oraz trąbili donośnie w powyginane rogi, kierując się w kierunku rzeki. Tam odprawiali nabożeństwa i podejmowali próbę oczyszczenia się w boskiej Gandze, ale tylko nieliczni śmiałkowie decydowali się zanurzyć w takiej lodówce. Najczęściej kończyło się na obmyciu twarzy, a co młodsi polewali się wiadrami szarej wody. I tradycyjnie puszczali kokosy z płatkami kwiatów, zapalonym kagankiem i ofiarnym pokarmem, a przechodząc pod rozwieszonymi przy ghatach dzwonami brzękali ich sercami. No i często zginali się, żeby wrzucić jakiś datek do miski licznie wysiadujących w wiosce sadhu. Ci zamieszkują tu nie tylko w gościnnych aszramach, ale i w skleconych przez siebie szałasach oraz w jaskiniach i pieczarach. Do jednej z nich zostaliśmy zaproszeni prze takiego właśnie wędrownego mędrca, który beztrosko przechadzał się wśród straganów, biorąc sobie z nich bez płacenia, co mu się żywnie podobało w myśl zasady, że to on robi łaskę swoim ofiarodawcom, stwarzając okazję do dobrego uczynku. Owi darczyńcy nie zawsze wydawali się z tak nieziemskiego daru kontenci, bo czasami rzeczywiście trudno odróżnić, kto aspiruje do świętości, a kto pod przebraniem ascety ukrywa zwykłe naciągactwo. Osobiście nie jestem pewien, czy i jedni i drudzy nie są przypadkiem egzemplarzami tego samego gatunku lekkoduchów. Jak się potem okazało nasz eksponat był doktorem filozofii, zaznał już życia małżeńskiego, odchował dzieci i resztę swojego żywota przepędzał na mniej lub bardziej samotnych rozważaniach nad sensem naszego ziemowania. Był sanjasinem, czyli braminem w czwartym stadium (Sanjasa) życia. Pierwsze trzy to: Brahmaczarja – nauka i rozwój, Garhastnja – zakładanie rodziny i udzielanie się w społeczeństwie i Wanaprastha – porzucenie rodziny i świata, po którym przychodzi czas na osiadłe lub wędrowne życie ascety. Rzecz jasna, żeby zostać pustelnikiem nie trzeba ani przechodzić trzech pierwszych etapów, ani należeć do kasty braminów. Nasz egzemplarz był jednak wzorcowym przykładem szacunku dla tradycji i mimo ostrego popalania haszyszu, tak, że większość czasu widziałem go spowitego w niebieskiej mgiełce, picia nieziemsko mocnej herbaty i duszącego kaszlu, dzielnie trwał na swoim jaskiniowym stanowisku. Jego schronienie było niezwykle ciasne i niskie, ale posiadało zbite z desek drzwi, dające sygnał, że ta skalna nora jest już zajęta. W środku, na ziemi, kilka koców, palnik z garnkiem spełniającym, w zależności od potrzeb, różne funkcje, niewielki ołtarzyk, trochę książek i woreczki z tak bardzo potrzebnymi mu do pełni szczęścia roślinami. A w kącie czaiło się coś bardzo dziwnego, szczelnie pokrytego kolorowymi kapami. A że obserwator był z niego bystry, szybko zauważył w moich oczach zaciekawienie tym tajemniczym tobołem i jednym pociągnięciem ręki odkrył jego tajemnicę –  przede mną pyszniła się… wieża stereo! Nasz gospodarz ciągle jeszcze nie potrafił wyzbyć się przywiązania do muzyki, która zaczęła umilać nam czas. W większości były to nabożne nutki, więc nasz jaskiniowiec został przeze mnie po cichu rozgrzeszony. Mówił dużo, ciekawie i chwilami rzeczy, od których skóra na plecach cierpła. Na przykład to, że dostał od swego guru, słynnego Babaji, specjalną mantrę, której może użyć tylko wtedy, kiedy będzie w wielkiej potrzebie, a on zjawi się osobiście z pomocą. Zapytany, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się z owej oferty skorzystać, jak gdyby nigdy nic, odpowiedział, że i owszem – Babaji zmaterializował się już w jego jaskini! W tym niezwykłym Kraju we wszystko można uwierzyć, bo niby czemu nie?! Kiedy opuszczałem pieczarę, czy też raczej „pieczarkę” naszego gospodarza, ciemnogranatowe niebo upstrzone już było miriadami gwiazd, co tylko dodawało nieziemskiego smaku mojej wizycie u tego filozofa par excellence.    Ci trawkarze najczęściej ubóstwiają Sziwę, a łatwo ich poznać po spiętych w kok włosach, bo z takim fryzem ich idol jest najczęściej przedstawiany. To swoimi lokami Sziwa powstrzymuje fale Gangesu od całkowitego zalania ziemi i w Gangotri jeden z licznych wodospadów upamiętnia ten właśnie fakt. Rzeczywiście, woda wygląda tu, jakby spływała obficie po czyichś włosach. Warto wybrać się na niewielki trekking tym właśnie śladem, w dół potoku, do którego przyłącza się tu Kedar Ganga, dodając rzece coraz więcej mocy.

Jeśli w jedną stronę pójdziecie przyjemnie chłodnym lasem, to z powrotem musicie koniecznie iść jak najbliżej urwiska, bacząc ciągle pod nogi, żeby się nie poślizgnąć i nie spaść w malowniczą kipiel kilkanaście metrów pod Wami. Granitowe skały, obmywane tysiącami lat, utworzyły tu niezwykłe formy i odkryły swoje kolorowe przekroje. Kiedy tak sobie szedłem nie zauważyłem nawet, że tuż przy skałach pasmo kamieni zrobiło się coś za bardzo regularne i żeby skrócić sobie drogę do ścieżki, zeskoczyłem z tego usypiska w sam środek, jak się potem okazało, domostwa kolejnego sadhu, który zamieszkiwał pod ogromną skałą. Akurat mantrował, ale z pobłażaniem popatrzył na intruza, pogroził wesoło palcem, więc ja, gnąc się w przepraszalnych pokłonach, szybko opuściłem teren jego pustelni.

Wieczorem, wraz z wielkim tłumem pielgrzymów, usiadłem na placu przed świątynią, gdzie zaczęły się śpiewy i modlitwy, które osiągnęły swoje apogeum o północy (skojarzenia z naszą pasterką jak najbardziej uzasadnione!), kiedy to posąg Kriszny został rozebrany z przykrywających go dokumentnie płacht materiału i rozpoczęły się błogosławieństwa ogniem, wodą i spożywanie  praszad, słodkawego pokarmu o konsystencji białych grudek. A potem wirowe tańce, zarówno mężczyzn, jak i kobiet (ale nie parami!). Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć, bo już wygląd jej twarzy mógł sugerować, że dziać się będzie coś dziwnego. Zaczęła całkiem spokojnie, a potem wpadła w taki trans wirowania i wykrzykiwania, że nie zdziwiłbym się wcale, gdyby nagle zaczęła się unosić niczym helikopter i Kriszna (a ponoć był to pies na kobiety) przygarnąłby ją, czy też ona Jego, do swojej piersi. Kiedy sprawy zaczęły przybierać coraz bardziej dla wszystkich krępujący obrót, nasza baletnica została uspokojona delikatnie, acz stanowczo przez najbliższe otoczenie. Oto skutki brania trutki!

Około pierwszej w nocy opuściłem całe to bractwo, ciągle jeszcze skore do klaskania, tańczenia, śpiewania i podążając za światełkiem latarki dotarłem do swojego legowiska. Niestety, z powodu himalajskich ciemności co chwila jakiś pielgrzym dobijał się omyłkowo do moich drzwi i z zamierzonego wyspania się przed rannym wyruszeniem na szlak, zostały same nici.

Gangotri spało sobie jeszcze pod pierzyną mgły, kiedy ja dziarsko maszerowałem do zaprzyjaźnionej garkuchni, żeby wrzucić coś pożywnego na swoje ruszta. Na początek obowiązkowa herbata, najpyszniejsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek dane mi było łykać,  (za sprawą cudownej, himalajskiej wody). Potem – czym chata bogata, czyli makaron, albo ryż z mieszanką warzyw i placki czapati. Chwila na ułożenie się wszystkiego w brzuchach, uzupełnienie prowiantu na drogę i zarzucamy plecaki na ramiona. Spod mlecznej kołdry wioska zaczęła powoli wystawiać swoje kształty, rosa lizała ze wszystkich stron  blaszane kopułki mijanej świątyni, a rozszalała rzeka zostawała coraz bardziej w dole. Wchodzę w cudowny, iglasty las, pełen cedrów, między którymi promienie wstającego słońca przekłuwały swoimi świetlnymi prętami wijącą się mgłę. Cicho… Ostatnie obejrzenie się za siebie i Gangotri, które teraz wyglądało, jak tekturowy model, trzymany w skalnych dłoniach jakiegoś olbrzyma, zniknęło.

Przez długi czas jedynymi towarzyszkami marszu były jaszczurki, które czasami zastygały z łebkami uniesionymi ku górze i ślepkami wpatrzonymi w dwóch samotników, mozolnie przemierzających ich królestwo. Od czasu do czasu nad głowami przeleciało stadko małych, bajkowo kolorowych ptaków, które w miarę, jak zieleń coraz bardziej skąpiła swoich uroków, coraz szybciej zawracały, aż w końcu przestały się pojawiać… . Kiedy ostatnie kropelki rosy znikały z koniuszków igieł, a tańczące ospale opary znad huczącego potoku ulatywały coraz wyżej, dolina zaczęła chwalić się całym swoim pięknem. Maszerowaliśmy wąziuteńką ścieżką, wykutą w skalnej ścianie, bądź wydeptaną wśród głazów przez pielgrzymów-śmiałków. A że jest to jedyna możliwa trasa, nieraz widziałem samotne, objuczone muły, które wędrowały z towarem do wiadomego sobie celu, gdzie ich właściciele zdejmowali z nich toboły i puszczali samopas w powrotną drogę.  Kiedy otoczyły nas już same skały, z podziwem i niekłamanym respektem podziwiałem kilkudziesięciometrowe  wodospady, roztrzaskujące się u podnóża pionowych, szarych ścian, gdzie zamieniały się w pędzące potoki, które musieliśmy pokonywać. Na szczęście, nad większością z nich leżały długie pnie drzew, po których przechodziliśmy, trzymając rozpostarte ręce, niczym cyrkowi linoskoczkowie. Niestety, w drodze powrotnej okazało się, że wiele z nich rozszalała woda zabrała ze sobą i musieliśmy, przywiązani linami, pokonywać potoki w bród.

W miarę zbliżania się do celu naszej wyprawy, kiedy słońce rozprawiło się już na dobre z mleczną zawiesiną, zza siwych szczytów pokazywał się co pewien czas biały, pełen majestatu masyw Bhagirahi Parbat (najwyższy szczyt – 6856 m npm). Przy odrobinie szczęścia, czyli przejrzystego nieba, na wysokości Bhojibash podziwiać można „Miecz Kriszny”, Sudarsan Parbat (6507 m npm). Zbaczając nieco ze szlaku można zatrzymać się na nocleg w tutejszej bazie, rozłożonej malowniczo na płaskim dnie dolinki. Z myślą o mniej wytrzymałych pielgrzymach przycupnęły też gdzieniegdzie szałasy ze stertami kołder i koców, gdzie można się nie tylko przespać, ale i najeść. Na padających z nóg czekać też może muł, albo i drewniana lektyka ze skorymi do zarobku tragarzami. Zaiste niezwykły to widok widzieć jakąś gorliwą staruszkę, którą po skałach niesie w drewnianej lektyce grupa osiłków. Jest coś niezwykle pięknego w tym ich kulcie sił natury, coś niezwykle ujmującego w widoku pomarszczonej wiekiem, drobnej starowinki na tle potężnych gór.  Większość wybiera jednak na nocleg bazę w Bhojibash i rano wyrusza dokończyć swoją pielgrzymkę. My  postanowiliśmy iść do samego końca, bez międzyspania, bo dowiedzieliśmy się wcześniej, że przy lodowcu, z którego gardzieli wydostaje się Bhagirati, stoi też jakiś prymitywny szałas. Jak tu, zatem, nie przenocować w tak obiecujących okolicznościach uświęconej przyrody?! Sunęliśmy więc przed siebie, domyślając się już tylko, z którego głazu na który należy przeskoczyć, żeby dotrzeć do celu. Szum wody nie dałby nam, z całą pewnością, pomylić kierunku, a i potężne, szare ściany   szybko zablokowałyby złą trasę. Niebo już lekko szarzało i pierwsze smugi mgły zaczęły wić się między stokami, kiedy doszliśmy wreszcie do przerzuconej przez drewnianą żerdź wielkiej, brudnej płachty, przyciśniętej do skalnej podłogi kamieniami. Huraaaaa! Nasz szałas! Przepędziliśmy zimno gorącym czajem i rozejrzeliśmy się trochę po okolicy. Krótki to był rekonesans, bo księżyc zdążył już wtoczyć się na ciemnogranatowe niebo, a mój kompan dostał krwotoku z nosa. No tak, byliśmy już prawie cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Niestety, w nocy dopadły go ponownie skręty kiszek i bieganko za wiadomą potrzebą. Bywa! Hindus napoił nas i nakarmił (specjalność szałasu – czapati, ryż i duszone warzywa, czyli szał podniebieniowych ciał!), po czym zawinęliśmy się w koce i zasnęliśmy. To znaczy ja próbowałem i nawet chwilami mi się to udawało, a kumpel dał za wygraną w walce ze swoimi wnętrznościami, które ani oczu, ani zwieracza na dłużej zamknąć mu nie pozwoliły.

Wstałem o piątej rano, rozsunąłem poły naszego „namiotu” i wciągnąłem pierwszy łyk zimnego powietrza. Wygramoliłem się na zewnątrz i zmalałem do rozmiarów maleńkiego okruszka, stając twarzą w twarz z ogromem majestatu, jakim zostałem otoczony. Powoli unosząca się i pełznąca po stokach mgła otwierała się, niczym ramiona trójkąta, na coraz jaśniejsze i błękitniejesz niebo. A nade mną białe ściany gigantów, które pruły nacierające na nie chmury. I ta prawie idealna cisza, bo zmącona jedynie szumem Bhagirati. Zlałem twarz lodowatą wodą z potoku, która obudziła mnie na dobre. Strzelałem lufą aparatu we wszystkich kierunkach, bo wszędzie działo się coś niepowtarzalnego i bardzo ulotnego. Wszystko zdawało się krążyć wokół mnie w spowolnionym tańcu –  mgły z górami,  chmury z niebem, śnieg z wodą.

Nie budząc nikogo, udałem się kilkaset metrów w górę potoku, do początku Gangi. Jest! Usiadłem na niewielkiej skale i wpatrywałem się z góry prosto w paszczę „Gaumukh”, która ze swojej wąskiej szpary wylewała siną kipiel. I przesiedziałem tak, naprzeciwko białego, potężnego Bhagirathi Parbat, wśród świszczącego wiatru, oddalony od wszystkich i wszystkiego, kilka godzin!

Nagle potężna, szara ściana lodowca po drugiej stronie potoku zajęczała i runęła w jego nurt. W powietrze uniosło się tysiące kropelek wody, na których słońce szybko wymalowało miniaturową tęczę. Do dziś doskonale pamiętam tamten moment, to potężne zadudnienie, obnażenie się niebieskawo połyskującego lodu, stłumione echo odbite od gór i ponowną ciszę, jak gdyby nic tu się przed chwilą nie wydarzyło. Piszę to wszystko ze świadomością, że tam, osiem tysięcy kilometrów od mojego biurka ciągle toczy się to dumne życie Himalajów i chylę czoła przed wszystkimi, którzy stają na ich szczytach…


MAREK PINDRAL

Możliwość komentowania jest wyłączona.