Miasto różowych haremów

Odrapany ze wszystkich stron autobus pędzi przez wioski z plecionymi chatami i pola z brnącymi wśród bruzd popielatymi wołami. Mijam pasterki okute w srebrną biżuterię i trudno mi uwierzyć, że wyszły wypasać kozy. W oknie, niczym w filmowym kadrze, przesuwają się co pewien czas siedzące przy drodze pomarszczone staruszki próbujące sprzedać kilka rozłożonych wprost na ziemi owoców.

Mimo biedy, każda z nich owinięta jest w schludne, kolorowe sari. Te, którym los sprzyja bardziej, stoją ze stosami bananów, granatów, cebuli, albo za ladami z chrupiącymi samosami, plackami czapati i soczewicowym sosem dhal. Wskakujący na chwilę obnośni sprzedawcy oferują kupki ryżu podawane na liściach bananowca, albo gęste zupy w wafelkowych miseczkach, które można potem zjeść  Pojawiają się rzędy warsztatów kamieniarskich – wśród stukotu dłut rodzą się Ramy, Kriszny, Sity, Hanumany. Gdzie indziej zwinne dłonie rzemieślników wykuwają ażurowe detale, które  godnie stają w szranki z ozdobami  licznych w tym stanie pałaców i fortów. Te prawdziwe dzieła sztuki przychodzą na świat w warunkach tak nędznych, że oparte o mury manufaktur wydają się chwilami omamem. Ciekawe, czy ci odziani w brudne, podarte podkoszulki kamieniarze wiedzą, jakimi są artystami? Może traktują swoją pracę, jak każde inne zajęcie, dzięki któremu da się przeżyć? Wiele da się tu wytłumaczyć karmą, więc obracają się w kołowrocie wzajemnych uzależnień i godzą z fatum, które inni wykorzystują do zwykłego wyzysku…

Nie tylko to, co dzieje się za oknami wiekowego pojazdu przykuwa uwagę. Spektakl ze środka też wart jest zapamiętania, bo z każdym przystankiem zmieniają się aktorzy tego widowiska, karmiąc oczy strojami, których kody powoli potrafię już rozszyfrowywać – spowite w białe kokony szat wdowy, którym tradycja nakazuje, aby nie wychodziły ponownie za mąż, brodaci sikhowie z ukrytym pod turbanem zwojem włosów, których nie powinni ścinać, ale których żadną miarą nie powinni zaniedbywać (stąd rytualny grzebyk wczepiony w kok nad czołem), odziani na bordowo buddyjscy mnisi z ogolonymi głowami, szafranowi sadhu z kijem i miseczką w rękach…  Piżamy (to z tej części świata pochodzi to słowo) godzą wyznawców kolorowego hinduizmu z bardziej stonowanym pod każdym względem islamem. I tylko szyfr dżinsów i T-shirtów wydaje się nie do złamania…

Jaipur. Dziwne miasto – wśród jednopiętrowych, byle jakich budynków pną się coraz wyżej nowoczesne gmachy ze szkła i stali, otoczone rusztowaniami z bambusa, które na żadnym złączeniu nie tworzą kąta prostego. Schludna z jednego końca ulica może kończyć się  stosami rozkładających się śmieci, wśród których buszują świnie, na których, z kolei, buszują czarne, jak smoła kruki. Uwolniony od nachalności żebrzących dzieci o mało nie potknąłem się o kosz z kobrą, która właśnie zaczynała swój taniec. Chyba nie muszę się niczego obawiać, bo kły jadowe mają przecież usunięte?! To znaczy – powinny mieć …

Jestem wreszcie w otoczonym murami wysokimi na sześć, a szerokimi na cztery metry, Różowym Mieście. Wysuszony rikszarz podwozi mnie do kompleksu pałacowego ze słynną fasadą Hawa Mahal (Pałac Wiatrów). To prawdziwa, kilkupiętrowa galeria wykuszy z ażurowymi prześwitami (dżali), przez które kobiety władcy mogły, w myśl zasady „widzieć, samemu nie będąc widzianym” zerkać na toczące się pod murami ich różowej klatki, życie. Trzeba przy tym pamiętać, że przed najazdem mogołów kobiety cieszyły się tu o wiele większą swobodą i bliskowschodni harem nie był takim więzieniem, jak hinduska parda. Kobiece ciało nie było wstydliwie skrywane (parda oznacza dziś także woalkę na twarz), wręcz odwrotnie – podziwiano niewieście kształty, a „puch marny” korzystał ze swojej broni, niczym jej często nie okrywając na górze. I choć kobiety większość czasu spędzały w specjalnie dla nich przeznaczonych częściach pałacu, to miały też prawo zasiadać u boku władcy.

Wyznaczone dla nich zenany musiały być prawdziwym babińcem, bo książę miał w nich nierzadko i kilkaset nałożnic , a dopuszczano do nich jedynie eunuchów, bądź zaufanych pana i władcy. Nie znaczy to wcale, że tylko on buszował w szkatułkach czarnogłów – czasami udawało im się przemycić do swoich sypialni śmiałka, gotowego dla chwili rozkoszy położyć na szali cały swój żywot. Co ciekawe, w Radżastanie jeszcze dzisiaj istnieje kilka pard, ale zamieszkujące je kobiety nie są już traktowane, jak niewolnice naszej męskiej, szowinistycznej świńskości (przepraszam wszystkie świnie) i mogą swobodnie opuszczać ich terytorium. A że tutejsze pałace to prawdziwe labirynty, pełne mniejszych i większych dziedzińców, sal, krużganków, ogrodów, można zawsze bez kłopotów znaleźć cichy kąt, żeby zgłębiać sposoby i sposobiki uwodzenia i udoskonalać rozkoszne techniki. Czasami budowano też specjalne pomieszczenie, przyozdobione miniaturami, na których widok nasze policzki  jeszcze dziś się czerwienią. I choć co odważniejsi seksualni gawędziarze przechwalają się, że Kama Sutra to przy nich poradnik małego majsterkowicza, nie należy zapominać, co w takiej sytuacji mawiają Francuzi: „o wojnie najchętniej rozprawiają inwalidzi”…

A propos inwalidztwa – istnieje tu do dzisiaj całkiem spora rzesza „częściowych”  i „całkowitych” kastratów, do niedawna kojarzona najczęściej, i nie zawsze słusznie, jedynie z prostytucją, a dziś zatrudniana nawet przez lokalne władze do zbierania podatków. Owa kolorowo przyodziana „trzecia płeć” ma swoje własne święto, hucznie obchodzone pod koniec kwietnia w miejscowości Kovalam. Hucznie i licznie, bo zjeżdża się tam czasami przeszło milion hijra. Są też często zapraszani (zapraszane?) na śluby, żeby ich taniec przyniósł młodej parze szczęście. Jeśli jest to jednak para dobrana przez rodziców (przy współudziale astrologa), albo małżonka brana jest jedynie dla posagu (takie kontrakty są od roku 1961 oficjalnie zabronione, ale siła tradycji przegrywa często z literą nowego prawa), to często, mimo owych tańców, związek kończy się tragicznie. Zdarzają się przypadki „samobójstw”, jeśli żona nie spełnia wymagań finansowych rodziny męża i okazuje się workiem z dnem. Wtedy „przypadkowo” oblewa się w kuchni naftą i „samoczynnie” zapala. Rodzinie zmarłej nie zwraca się wtedy wniesionego wiana, a wdowiec ma prawo poślubić kolejny posag, któremu dla niepoznaki towarzyszy nowa panna. Wiele rodzin stara się walczyć z tym procederem i dochodzić swoich praw w sądach, ale to kraj tak skorumpowany, że ich wysiłek idzie najczęściej na marne.

Na szczęście sati, czyli zwyczaj “samospalania” się żon na stosie pogrzebowym mężów  od ostatecznego zakazu z 1829 roku zdarza się już niezwykle rzadko. Cudzysłów przy słowie samospalanie jest jak najbardziej uzasadniony. Najczęściej to presja otoczenia pchała  kobiety w objęcia płomieni, a nie dozgonna miłość, rozumiana w tym przypadku aż nazbyt dosłownie.

Wracając jednak do milszego zajęcia, jakim jest tzw. szał ciał, warto pamiętać, że w Jaipur ciągle żywa jest tradycja malowanych miniatur, wśród których tematyka erotyczna nie stanowi żadnego nieprzyzwoitego wyjątku. Zakupiłem kilka takich rubasznych scenek w manufakturze, do której „przypadkowo” zajechał wynajęty przeze mnie rikszarz. Było warto – na parterze białe połacie płótna pokrywano różnokolorowymi wzorami, odciskanymi wielkimi pieczęciami, które maczano w naturalnych, roślinnych barwnikach, dzięki czemu nie blakną ponoć wcale. Prawdziwy sezam ukryty był jednak na górze – szale, serwety, chusty, obrusy, poduszki. Wszystko bajecznie wzorzyste i pawio kolorowe.  Gdy tylko właściciel spostrzegł w moich oczach iskierkę zainteresowania, jego pomocnicy zaczęli błyskawicznie rozwijać bele bordowych, czerwonych, zielonych materiałów, rozkładać kwadraty wzorzystych kap oraz zachęcać do przymierzenia haftowanych koszul, spodni, czapek. Niepogodzeni ze swoją marketingową klęską odetchnęli z ulgą, kiedy mój łapczywy wzrok padł na wspomniane miniatury, które od razu i w obfitości trudnej do ogarnięcia, wylądowały na ladzie. Uroda i delikatność tych malunków szła w parze z precyzją wykonania. I nawet seksualna dosadność tych scen nie odzierała ich z finezji. Wybrałem trzy –  na jednobarwnym tle (rzecz charakterystyczna dla tutejszego stylu) z daleka wydają się przedstawiać słonia, wielbłąda i konia, ale w miarę zbliżania się do nich stają się… kłębowiskiem ciał damsko-męskich. Nastąpiło tradycyjne targowanie się i po mniej lub bardziej udawanym wahaniu, miniatury wylądowały w moim plecaku. Okazało się, że pochodzą z tutejszej szkoły plastycznej, w której naucza sprzedający mi je bezpruderyjny pedagog. Piszę „bezpruderyjny”, bo oprócz scen damsko-męskich miał też w ofercie panów z panami oraz panie z paniami. Ja, jednak, postanowiłem pozostać przy heteroklasyce, która wisi dziś, ku zgorszeniu wielu, w mojej sypialni…

Możliwość komentowania jest wyłączona.