Radosny pogrzeb

Chiang Mai znaczy „nowe miasto”, ale to nazwa bardzo myląca. Bywa też nazywane Różą Północy, co już nie powinno nikogo dziwić – odkąd pod koniec XIII wieku król Mangraia,  wybrał to miejsce na stolicę królestwa Lan Na, w dolinie zaczęły bujnie rozkwitać czerwono-złote dachy watów (zespoły świątynno-klasztorne). Dziś jest ich ponad 300, czyli niewiele mniej, niż w przeszło 40-krotnie większym Bangkoku. Rządzący tym obszarem przez ponad 200 lat Birmańczycy także odcisnęli tu swoje kulturowe piętno. Zanim, zatem wyruszymy do dżungli (Chiang Mai to bardzo dogodna baza trekingowa) na zlane potem spotkanie zielonego piękna, urzekających swoją prostotą górskich wiosek i zamieszkujących je plemion, warto zarezerwować czas także na spotkanie z tłumem złotych Buddów, którzy mieszkają tu w niezwykle kolorowych świątyniach.

Już po pierwszych takich „audiencjach” trudno nie zgodzić się z tymi, którzy uważają Tajskie wyobrażenia Buddy za jedne z najpiękniejszych, w szczególności te, które pochodzą z okresu Sukhothai (XIII-XVw.), kiedy głowę wieńczyła Mu szpiczasta korona w kształcie płomienia.

Pamiętajmy przy tym, żeby wchodząc do świątyni (zdjąwszy uprzednio obuwie), nie nadepnąć na próg, bo Tajlandczycy wierzą, że mieszka w nim jeden z dziewięciu duchów budynku. Potem przysiądźmy sobie gdzieś w skupieniu (nogi trzymając pod sobą – wystawianie stóp, czyli nieczystej części ciała, w czyimś kierunku uważane jest za obraźliwe) i przyjrzyjmy się, co Oświecony ma nam do przekazania: jeśli palcami prawej ręki dotyka ziemi, to ostrzega nas przed pokusami; jeśli prawą dłoń ma otwartą, chce nas chronić; gdy kciukiem tej samej, prawej ręki dotyka palca wskazującego – będzie nauczał. Może siedzieć, stać, a nawet kroczyć. Jeśli z kolei leży na prawym boku, to nie bądźmy zbyt natrętni, bo odchodzi w stan nirwany, kończąc koło swych reinkarnacji. Przyznam szczerze, że mnie z takiego miejsca, jak Chiang Mai raczej trudno było odejść, więc pokręciłem się jeszcze trochę tu i tam. Bo jak nie ulec tu urokowi kunsztownych rzeźbień na drzwiach i filarach czy czarowi ścian, przyozdobionych setkami maleńkich szkiełek, które odbijając promienie słońca, zamieniają budynki w diamentowe szkatułki?! Chyba o to właśnie artystom chodziło – zaprosić nas w ten sposób do wnętrza, bo tam kryje się klejnot, który z kolei może nam pomóc w dotarciu do tego najważniejszego, ukrytego w nas samych, który ponoć nigdy nie przemija. Przypominać też o tym mogą wianuszki z jaśminu (zawieszane nawet na samochodach) – ich słodki zapach symbolizuje piękno buddyjskich nauk, a więdnięcie – przemijanie tego, co ziemskie, nietrwałe. Żeby, zatem przygotować sobie jak najlepsze entrée do nowego wcielenia, Tajowie starają się zgromadzić za życia jak najwięcej zasług. Można to robić na wiele sposobów, na przykład pokrywając posągi Buddy złotymi płatkami, albo przywdziewając mnisie szaty (głównie mężczyźni, nie wyłączając króla  – gromadzą wtedy zasługi nie tylko dla siebie, ale i całej rodziny). Nie oznacza to wcale, że ma się zamiar zostać mnichem do końca życia – chodzi jedynie o lepsze poznanie buddyjskich nauk, duchowe wzbogacenie się, a co za tym idzie, lepszą karmę. Najczęściej odbywa się to w wieku chłopięcym, przed podjęciem pracy lub przed ślubem i tylko raz w życiu, choć reguły pozwalają na trzy. Najlepiej (ale chyba i najtrudniej) jest po prostu być dobrym człowiekiem i to nie w granicach rytuału, ale każdego, szarego dnia (no, tu dni bywają najczęściej tropikalnie kolorowe, bo nawet po monsunowej ulewie ni stąd ni z owąd wychodzi znów słońce i ponownie nasyca przywiędłe kolory).

Tu ciekawostka – jeśli rankiem napotkamy w tej części świata maszerujących gęsiego mnichów, którzy wyglądają z góry, jak wijący się wśród budynków, szafranowy różaniec z nanizanymi miseczkami, to nie nazywajmy tego jałmużną, bo w pojęciu Azjatów owi mnisi po prostu stwarzają nam okazję do spełnienia dobrego uczynku i przyjmując ofiarę, czynią nam łaskę (choć moim zdaniem to raczej „transakcja wiązana”).  Mnichów nie należy dotykać (nie powinniśmy też dotykać niczyjej głowy, bo to święta część ciała), a kobiety nie powinny nawet zbyt blisko nich siadać. Przyznam się, że raz tę pierwszą zasadę złamałem, choć zapewne zostało mi to wybaczone, bo… Ale po kolei: w wielu tajskich świątyniach, chociaż obchodziłem je krokiem powolnym, na widok zatopionego w medytacji mnicha, zwalniałem jeszcze bardziej, a czasami wręcz przysiadywałem w jakimś niekrępującym nikogo kącie i podziwiałem jego skupienie, pozbawione najmniejszego drgnięcia powiek. Kiedy musiałem mnicha minąć, baczyłem z kolei, żeby nie odwracać w jego kierunku swojej głowy, bo moje ciekawskie spojrzenie mogłoby naruszyć tak świątobliwy spokój. Raz jednak nie wytrzymałem i swoją głowę jednak odwróciłem, mając na wszelki wypadek przygotowany na ustach przyjazny uśmiech. I co? I nic! Dosłownie NIC! Żadnego, nawet najmniejszego drgnięcia najbardziej nawet mikroskopijnego, mnisiego mięśnia! Ośmielony i pełen uznania dla takiej dyscypliny ciała, byłem potem coraz odważniejszy, bo zaczął mnie nawiedzać demon zwątpienia – czy to możliwe? szeptał raz po raz. I podchodziłem coraz bliżej, coraz bliżej, aż kiedyś wyciągnąłem rękę, która, niezatrzymywana przez nic i nikogo, dotknęła mnisiego ciała … z wosku. A więc to tak! Tak, czy siak, mogłem już bez krępacji podziwiać niebywałą wręcz precyzję tajskich artystów– każda zmarszczka, każda fałdka skóry, każdy pieprzyk oddane były z niespotykaną nigdzie indziej precyzją (figury z londyńskiego muzeum Madame Tussaud to przy nich bardzo ubodzy w detale i podobieństwo, krewni). Tylko jeden szczegół, choć widoczny dopiero po bardzo dużym przybliżeniu się, zdradza, że to nie jest żywy człowiek, tylko uformowany na jego podobieństwo wosk – włosy. Każdy z nich nanizywany jest osobno (peruki byłyby pójściem na łatwiznę, rodzajem oszustwa). I choć owe figury mają utrwalać pamięć o mnichach świątobliwych i wielce zasłużonych, a więc najczęściej przedstawianych w podeszłym już wieku i z fryzurami, siłą rzeczy, raczej przerzedzonymi, to jednak ciągle z ilością włosów raczej niemożliwą do wiernego powtórzenia.

Na taki woskowy pomnik zasłużył w Chiang Mai także Chan Kusalo, opat klasztoru Chedi Luang (to tu, w 1317 roku, zginał od pioruna wspomniany wcześniej król Mangrai – cóż, taka karma). Chan Kusalo odszedł jednak w okolicznościach o wiele mniej dramatycznych, bo we własnym łóżku, otoczony nie tylko braćmi-mnichami, ale i powszechnym szacunkiem (wiem o co najmniej trzech honorowych doktoratach). Dożył wieku godnego pozazdroszczenia – 91 lat. Zmarł, to znaczy jego ciało obumarło, w lipcu 2008, ale za porę najlepszą dla ceremonii pogrzebowej astrolog uznał styczeń roku… 2010, z finałem w osiemnastym dniu owego miesiąca. Los chciał, że znalazłem się tam wtedy także i ja. Upewniwszy się więc, że obecność moja i mojego aparatu fotograficznego na owej ceremonii nie będzie przez nikogo uważana za niepożądaną, udałem się z godzinnym wyprzedzeniem do Watu Chedi Luang. Uprzejmie przepuszczony przez kordon policji (swoje przybycie zapowiedziała najbardziej lubiana, ze względu na swoje zaangażowanie w działalność charytatywną, córka króla, księżniczka Maha Chakri Sirindhorn) wszedłem za bramę. Na stopniach, prowadzących do wihanu, czyli sali zgromadzeń, przywitał mnie szpaler uśmiechów i dłoni, przyjaźnie przyłożonych do brody (ów gest wai wywodzi się z dawnej tradycji, nakazującej pokazać, że nie trzymamy w ręce żadnej broni). Uśmiechy i dłonie należały do uczniów i uczennic szkół średnich, którzy tworzyli swoisty komitet powitalny (wszyscy obowiązkowo w mundurkach – białe koszule, brązowe, krótkie spodnie lub spódniczki, długie, białe podkolanówki i brązowe trampki). Wewnątrz kapiącego od złota wihanu już od kilku dni trwały modlitewne czuwania, ale główna część dzisiejszego obrzędu miała się jednak odbyć na zewnątrz, tuż obok ciągle potężnego (mimo, że w XVI wieku znaczna jego część uległa zniszczeniu z powodu trzęsienia ziemi) czedi. Czedi to strzelista budowla (stupa, czorten), w której przechowuje się relikwie buddy, świętego, albo nawet króla. Prawdziwa chiangmaiska gwiazda, jeśli mogę się tak wyrazić, stoi w wacie Suan Dok i w blaskach zachodzącego słońca chyba nikt nie oprze się jej złotemu czarowi. Miejsce to ozdabia dodatkowo ciekawa historia – jak wieść tajska niesie, znajdująca się tam relikwia… rozmnożyła się. Ową sklonowaną świętość umieszczono na grzbiecie królewskiego, białego słonia, którego puszczono wolno. Tam, gdzie się zatrzymał, zatrąbił i obrócił trzy razy zbudowano Wat Prathat Doi Suthep, z którego rozpościera się wspaniały widok na okolicę (stoi na porośniętej lasem górze, będącej dziś częścią parku narodowego Doi Suthep-Doi Pui). Ale wróćmy na plac w Chedi Luang.

Tłum gęstniał z minuty na minutę, ale metodą drobnych kroczków i patentu wai udało mi się po kilku minutach przedostać na główny plac i stanąć tuż przy muzykach. Moja radość (uczucie może niezbyt na miejscu na czyimś pogrzebie, ale jak się z czasem okazało, tylko u nas) trwała do momentu, kiedy zapiszczał phi nai (rodzaj oboju), rozstukał się ramatan (krewny ksylofonu) i zawibrowały miedziane gongi, zawieszone na pionowych i poziomych obręczach. Mimo, iż moje uszy są w tej dziedzinie niezwykle zahartowane, coś mi jednak wewnętrznie podszeptywało, a po minucie już wrzeszczało, starając się przekrzyczeć wieloosobową konkurencję na zewnątrz: „przesuwaj się dalej, bo jeszcze trochę, a będą to ostatnie dźwięki, jakie w życiu dane ci było usłyszeć!” Przestroga była tak stanowcza, że już za moment stanąłem w bezpiecznym akustycznie azylu, jaki znalazłem na kamiennym krużganku wihanu. I miałem stąd na dłoni i księżniczkę, i tysiące czarnych głów, i tłum pomarańczowo-brązowych mnichów, i … O rany, co to takiego ???!!! Po prawej stronie stało coś wysokiego na kilka pięter i niezwykle kolorowego – ni to ptak, ni słoń, ni wąż. Trzeba się rozpytać…. Aaaa, teraz rozumiem – to połączenie w jedno wszystkich moich przypuszczeń, które posłuży do czegoś, co do głowy mi jednak nie przyszło. Ta olbrzymia konstrukcja to nok hatsidiling, stwór, który zamieszkuje mityczny las Himaphan, będący swoistym łącznikiem między światem istot ziemskich, a niebem (dlatego tradycja umiejscawia go w Himalajach). Dziś wieczorem, owa błyszcząca w promieniach słońca istota będzie … stosem pogrzebowym. Rzeczywiście – śledząc, dokąd wędrują spojrzenia tysięcy oczu, dostrzegłem na grzbiecie stwora złoconą trumnę. Co ciekawe, ów tłum, choć w większości ubrany na czarno (dopuszcza się też biel) trudno byłoby nazwać żałobnikami, bo choć zachowywali się z powagą, to ich twarze emanowały radością. Ten bardzo odmienny od atmosfery naszych pochówków nastrój podkreślała też owa muzyka –to nie były marsze żałobne, ale bardzo skoczne melodie. I do ich rytmu przebiegła potem cała, pięciogodzinna uroczystość.

Najpierw, rzecz jasna, hołd oddała opatowi księżniczka i inni, przybyli wraz z nią dygnitarze, a potem poddani – trzymane w dłoniach maleńkie bukieciki kwiatów, przymocowane do liścia figowca (to pod tym drzewem Budda doznał oświecenia) składali do wielkich czar, wypełnionych wodą. Słońce, na którym całe to ludzkie zamieszanie nie robiło pewnie większego wrażenia, jak co dzień, powoli chowało się za górami, a kiedy zrobiło się już zupełnie ciemno, rozpoczęły się rytualne tańce, a po nich … pokazy sztucznych ogni. Początek dał im wąż z płomykiem w pyszczku, zjeżdżający na linie z czedi w kierunku kolorowego stosu, który po chwili zaczął zajmować się ogniem (stojący w dość niebezpiecznie bliskiej odległości wihan był nieustannie polewany przez strażaków wodą). A tłum klaskał i co chwila wybuchał śmiechem, bo komentujący przebieg uroczystości zachowywał się bardziej, jak DJ, niż celebrans nabożeństwa pogrzebowego. Żółte płomienie, pochłonąwszy już trumnę, prześlizgiwały się teraz do ptasiego korpusu, który jeszcze przed chwilą radośnie wymachiwał wielkimi skrzydłami, wtórując słoniowej głowie, która poruszała nawet trąbą i oczami. Pełznące coraz bliżej ziemi płomienie z trzaskiem rozłupywały każdą napotkaną na swojej drodze deskę, z której w mgnieniu oka, niczym maleńkie dusze, wyskakiwały miliony iskier, w szaleńczym tańcu unoszone coraz wyżej i wyżej. Ku niebu…

Możliwość komentowania jest wyłączona.