Pint of bitter, please!

Kiedy jako student odwiedziłem Anglię po raz pierwszy, swoje kroki skierowałem prawie natychmiast do pubu, mając nadzieję na upojną zabawę do białego rana (jedyną, czynną całą dobę knajpą była wtedy w Poznaniu restauracja na … dworcu kolejowym). Jakże srogo się rozczarowałem – przed godziną 23 barman krzyknął „last orders, gentlemen!”, co niechybnie zwiastowało zmierzch piwnych uciech, bo pozwalało jedynie na jeszcze jedną kolejkę. Definitywnie niczego zamówić się już nie da po okrzyku „time!”, bo to sygnał do dopicia swoich pint (szeroka szklanica, 0,56 litra) i opuszczenia pubu. Co ciekawe, mimo, iż ostatnio brytyjskie prawo zezwala na przedłużenie godzin ich otwarcia, stosunkowo niewielu właścicieli wystąpiło o stosowne pozwolenie. Powód? Najzwyczajniej w świecie im się to nie opłaca – ktoś, kto chce się bawić do białego rana i tak pójdzie do nocnego klubu, a z kogoś, kto w pubie zaliczył już kilka „rundek” i tak pożytku wielkiego nie ma, bo będzie pewnie tylko siedział i niczego więcej nie zamówi (pijanych, kiedyś widok niezwykle rzadki, dyskretnie, acz stanowczo usuwa się z lokalu). Choć puby mogą też serwować jedzenie, nie wybierajmy się do nich na śniadanie – otwierane są z reguły dopiero w porze lunchu (12 -14), a wiele z nich trzyma się jeszcze dawnej tradycji i  zamykane są  ponownie do godziny 18 (tam, gdzie mogą liczyć na nieprzerwany strumień gości, czynne są bez owej przerwy). Bardzo surowo przestrzega się natomiast zasady, żeby nie sprzedawać alkoholu niepełnoletnim, stąd też częsty widok sprawdzania dowodów tożsamości przez barmanów. Co więcej – ci, którzy nie mają ukończonych 16 lat nie mogą marzyć o wejściu do owego piwnego przybytku  nawet, jeśli są w towarzystwie osób dorosłych (taka jest przynajmniej teoria, nad praktyką spuśćmy zasłonę miłosiernego milczenia…).  Wyjątek stanowią te puby, w których serwuje się posiłki. A czym nas tam uraczą? To najczęściej niezbyt wyszukane potrawy – Ploughman’s Lunch (lunch oraczy – pieczywo, sery, warzywa), Shepherd’s Pie (ciasto pasterzy – duszona wołowina i warzywa w ziemniaczanej „otulinie”) czy frytki z różnymi dodatkami (pamiętajmy, że frytki, to po brytyjsku „chips”; myśmy „pożyczyli” sobie „czipsy” od Amerykanów, dla których „chips”, to, z kolei, chrupki, bo na frytki mówią „fries”).

A co z gwoździem programu naszej wizyty, czyli napojami? Tradycyjne angielskie piwa są mniej gazowane, niż te, do których przywykły nasze przełyki, a ponieważ najczęściej lane są z beczek (draught beer) ich temperatura jest wyższa od naszych polskich oczekiwań. Można się jednak przyzwyczaić. Najjaśniejszy jest lager, nieco ciemniejszy i bardziej gorzki to bitter, a najciemniejszy to mocny stout. Panie bardzo często wybierają shandy, mieszankę piwa i lemoniady. Co ciekawe – prawdziwa, angielska dama nigdy nie zniży się do poziomu pubu (skrót od public house), a przeciętna Brytyjka wybierze się tam najczęściej w towarzystwie mężczyzny (chyba, że udaje się na matrymonialne łowy). Klasyczny pub powinien być, zresztą, podzielony przynajmniej na dwie części –raczej skromnie urządzony, acz obowiązkowo z bilardem i tablicą do strzałek  public bar  (dla regularnych wyjadaczy i wypijaczy) oraz saloon bar, bardziej przytulna sala, chętnie zapełniana przez panie (wiktoriańskie bary były często poprzedzielane specjalnymi parawanami, żeby uniemożliwić plebsowi zbytnie spoufalanie się z arystokracją).

W pubach, szczególnie na zachodzie Anglii, można też zamówić lokalną specjalność, cider – napój jabłkowy, dość zróżnicowany, jeśli chodzi o procenty i zawartość „cukru w cukrze”. Rzecz jasna, można też poprosić i o zwykłą wodę mineralną czy jakikolwiek z popularnych napojów bezalkoholowych, albo, dla odmiany, o jeden ze spirits. Nie, nie chodzi tu o ów wysokoprocentowy napój, z którym to słowo może się nam kojarzyć. Anglicy po prostu dzielą alkohole na trzy kategorie – wines (wina), beers (piwa) i spirits  właśnie, czyli pozostałe, wysokoprocentowe trunki. Bez żadnych problemów zamówimy więc w pubach także np. gin z tonikiem czy szkocką  whisky (najlepsza, malt, która bardzo długo leżakuje w beczkach, uważana jest za tak znakomitą, że rozcieńczanie jej wodą uchodzi za prawdziwe bluźnierstwo; z kolei pisana  przez „e”, whiskey, pochodzi z Irlandii bądź USA). Zimą, dla rozgrzania, można poprosić o mulled wine, grzane wino z korzennymi przyprawami, albo tzw. hot toddies  - mieszankę whisky, gorącej wody i cukru (whisky zastępuje się też czasami brandy).

Napoje kupujemy zawsze przy barze i z reguły nie zostawiamy napiwków (chyba , że zamówimy jedzenie i podadzą je nam do stolika – tradycyjnie powinniśmy wtedy zostawić  10% więcej).  

O tym, jak długą historią może się poszczycić instytucja angielskiego pubu świadczyć może choćby fakt, że decyzją króla Ryszarda II szyldy wiszą nad nimi od końca XIV wieku (a funkcjonowały już przecież od dawna, tylko wcześniej sadzono przy ich wejściu, jako swoisty znak rozpoznawczy, krzaki). Ponieważ większość ówczesnego społeczeństwa była niepiśmienna, owe „tablice informacyjne” musiały być zrozumiałe i łatwe do zapamiętania dla wszystkich. Wybierano zatem najczęściej herby (stąd do dziś w wielu nazwach słowo arms, np. „Angelsea Arms” ), zwierzęta heraldyczne (np. „The Black Swan”) czy postaci historyczne (np. „Prince Albert”). Rzeczą powszechnie znaną jest przywiązanie Wyspiarzy do tradycji, dlatego nawet dziś powstające puby są często stylizowane na te sprzed lat, najczęściej wiktoriańskie, bo właśnie za panowania królowej Wiktorii Anglia przeżywała prawdziwy, pubowy boom! Dlatego typowy lokal pełen jest boazerii i wygodnych kanap, na których możemy zapomnieć o całym, bożym świecie także dlatego, że oddzielają nas od niego kolorowe witrażyki w oknach.

Choć dziś puby nie pełnią już swojej dodatkowej  funkcji (w przeszłości wiele z nich działało jako zajazdy, zapewniając gościom także nocleg) to nic nie wskazuje na zmierzch ich popularności, bo poza uciechami przełyku i podniebienia wiele z nich wyspecjalizowało się  w rozrywce innego rodzaju – można w nich posłuchać koncertów na żywo (szeroki wachlarz stylów), bądź obejrzeć przedstawienia teatralne. Warto także (a może przede wszystkim) odwiedzić puby na prowincji, im dalej na północ, tym lepiej. Dopiero tam w pełni zrozumiemy, czym są dla miejscowych społeczności – to skrzyżowanie baru, domu kultury i magla towarzyskiego zlepione w jedno silnym poczuciem lokalnego patriotyzmu. Wszyscy są po imieniu i często wieczorem schodzą się w nich z instrumentami pod pachą na wspólne muzykowanie, śpiewanie, a nawet tańce (informacja ważna dla chcących się w nich zatrudnić – język angielski nie będzie tu serwowany w literackiej odmianie, znanej Wam z lekcji w Polsce) . Na przeciwległym krańcu stoją napuszone bary w okolicach np. londyńskiego City, gdzie gromadzą się w porze lunchu „białe kołnierzyki” (ze względu na porę i chęć bycia bardzo posh nie będą, rzecz jasna, ani śpiewać, ani tańczyć). Mnóstwo pubów w stolicy Królestwa ma jednak swoją własną, często bardzo ciekawą i długą historię – np. w „Anchor”, nad południowym brzegiem Tamizy, bywał ponoć (i tworzył) sam Szekspir, a Kuba Rozpruwacz porzucał swoje ofiary w okolicach „Roebuck” i „Ten Bells”. A to tylko maleńka cząstka tego, co czeka tu nasze gardła, bo w samym tzw. Wielkim Londynie owych lokali jest  ponad … 7000 ! Swego czasu przewodnik po londyńskich pubach za najbardziej „cockeyowski” (rasowy, wschodniolondyński) uznał „Queen’s Head”. Jego dzierżawcą był niejaki Mr. … Wolozynsky, były marynarz ORP Burza i Błyskawica. Zresztą i dziś Polacy dopisują do pubowej historii nową kartę, bo w niektórych z nich można się już raczyć produktami naszych rodzimych browarów. Jednak to nie piwo jest trunkiem najczęściej z nami kojarzonym, ale napój, którym nazwano tu jedną z restauracji, serwujących polskie dania – „Wódka”. Na pocieszenie dodam, że to lokal elegancki, więc i w tej kwestii wiele zmienia się na lepsze …

MAREK PINDRAL     

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.