Nie taki Dracula straszny

Rumunia – w czasach, kiedy uszczęśliwiono nas realnym socjalizmem kojarzyła się z tzw. „wczasami pracowniczymi” w miejscowościach, które udawały zachodnie kurorty, a dziś staje się celem wędrówek po tamtejszych górach. Widać duch Wlada Palownika niezbyt skutecznie odstrasza turystycznych najeźdźców. Z drugiej strony – obecny rząd, idąc dosłownie „po trupach” chce na owym nieboszczyku jak najwięcej zarobić. Nie ma więc większego znaczenia, że w Bran spędził prawdopodobnie tylko kilka godzin – tutejszy zamek, choć rzeczywiście urokliwy, miał jedynie bronić pobliskiej granicy i przełęczy (potem i tak był dzierżawiony przez okolicznych mieszczan, a na początku ubiegłego wieku został górską rezydencją królowej). Dziś u jego podnóży rozrasta się prawdziwy Drakulaland i osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, żeby przy którejś księżycowej pełni Wlad na chwilę przerwał swoją drzemkę i osadził na palach tandetnych straganiarzy. Czy, zatem, Siedmiogród nie ma już nic więcej do zaoferowania? Otóż ma, i to tak wiele, że większości z nas nawet się o tym nie śniło.

Choć dumni Rumuni najchętniej odwołują się do swojego dako-rzymskiego rodowodu (stąd tak wiele tu kamiennych wilczyc, karmiących bliźnięta), to na charakter dzisiejszej Transylwanii wpływ miała nie tylko rdzenna ludność tych ziem, ale także Sasi (przybyli głównie z Frankonii i lewego brzegu Renu), Szwabi, Węgrzy, Żydzi (w większości sefardyjscy) i Szeklerzy (utrzymują, że są potomkami Csaby, syna wodza Hunów, Attyli) . O Polakach też nie należy zapominać, tym bardziej, że historia Rumunii nie tylko jako żywo przypomina często naszą, ale nieraz się z nią splatała. A że dodatkowo ziemie te, mimo naturalnej osłony Karpat, padały ofiarą tureckich najazdów, co w olbrzymim stopniu wpłynęło na charakter tutejszej architektury, wielu podkreśla wspólny naszym narodom pewien rodzaj fatalizmu dziejowego. I myliłby się ten, kto sądzi, że owo skomplikowane współistnienie tylu narodowości to  tylko wyblakłe karty zamierzchłej przeszłości. Widać to najlepiej w Cluj-Napoca – dla Węgrów to Kolozsam, a Niemców – Klausenburg. Przy tutejszej katedrze stoi do dziś pomnik króla Macieja Korwina z czterema węgierskimi bohaterami u cokołu (m.in. Stefanem Batorym). Kiedy podszedłem do niego bliżej zauważyłem zawieszony na mieczu niewielki wianuszek z … czerwono-biało-zieloną kokardką. Mieszkańcy niezbyt chętnie patrzą na takie gesty (Siedmiogród odłączył się od Węgier dopiero w roku 1920), dopatrując się w nich zagrożenia dla własnej tożsamości narodowej. Niezbyt roztropna polityka w stosunku do będących w liczebnej większości Rumunów (kiedyś określanych jako Wołosi, górscy pasterze) często doprowadzała do powstań chłopskich, którym miała zapobiec tzw. „unia trzech narodów” (Węgrzy, Niemcy, Szeklerzy). Dlatego dla jednych niektóre postaci historyczne to bohaterowie  , a dla innych – ciemiężyciele.

Tak też i rzecz ma się z Wladem Palownikiem – ten piętnastowieczny, legendarny władca bronił Rumunów przed Turkami i zakusami Węgrów, a że w jego mniemaniu (i wielu mu współczesnych) cel uświęcał wszystkie środki, stosował piekielne metody („dracul” to po rumuńsku „diabeł”), podpatrzone zapewne w czasie czteroletniej służby w tureckiej armii. Jeśli do tego wszystkiego dołączymy tragiczne losy jego rodziny (ojciec zamordowany, jeden z braci pogrzebany żywcem), to jasnym się staje, że swoich racji bronił nie piórem, ale mieczem. Urodził się najprawdopodobniej w Sighisoara, której średniowieczna zabudowa, jak większość odwiedzonych przeze mnie miejsc, jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Kręte uliczki prowadzą do górującej nad miastem twierdzy. Warto wspiąć się tu na szczyt czternastowiecznej wieży zegarowej (tym bardziej, że jest tu w miarę bezpiecznie, w odróżnieniu od wielu późniejszych baszt czy wież kościelnych, na które się wdrapywałem – szczególnie na uroczych, ale zapadłych wsiach był to mały survival, okraszony dodatkowo widokiem martwych nietoperzy i gołębi, dla których te opustoszałe budowle stały się domem, z ubikacją włącznie). Oglądany stąd  dachówkowy labirynt jest nie do zapomnienia; można też stanąć oko w oko z wielkimi figurami, które odpoczywają w wieży przed kolejnym obejściem zegara. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie figura zmartwychwstałego Chrystusa z gotyckiego Kościoła Klasztornego.  Pierwszy raz w życiu widziałem Człowieka, który autentycznie cieszył się, że powstał z martwych -  poza wręcz taneczna, ręce szeroko rozpostarte, przepaska na biodrach rozwiana! Aż chce się w to wierzyć! Nota bene – w tzw. Kościele na Wzgórzu, do którego prowadzą typowe dla regionu drewniane, kryte dachem „schody szkolne” (bo to Wzgórze Szkolne) zobaczyć można ołtarz przypisywany synowi Wita Stwosza, Janowi. A konstrukcja owych schodów przydała się nie tylko dawnym uczniakom, ale i mnie, bo w pierwszy dzień lało niemiłosiernie i byłem wdzięczny projektantom za ich przezorność. Drugiego dnia było już, z kolei, tak słonecznie, że niemiecka orkiestra dęta przygrywała nie tylko w czasie luterańskiego nabożeństwa (przywieźli ze sobą nawet panią pastor), ale i na zewnątrz wspomnianej świątyni, której nieco surowe wnętrze ozdabiają orientalne kobierce, wieszane tu niczym dziękczynne wota przez kupców, handlujących ze Wschodem.

Po drodze do Biertan mijam niezliczone krzyże z przybitymi do nich, malowanymi na płaskiej blasze, Chrystusami, z których ran sączy się czerwona rdza. Towarzyszą im często oleodrukowe Maryje, skryte za szybkami i otulone białymi, haftowanymi serwetami. Wymieniam uśmiechy z wędrownymi mnichami i opędzam się od nachalnych, cygańskich dzieci, które gonią za mną na bosaka (ostatecznie ratuje mnie przed nimi gościnna furmanka; konie, owce i bezdomne psy to chyba najliczniejsze tu zwierzęta). Zresztą z owymi Cyganiątkami wiąże się pewne zdarzenie, o którym chciałbym zapomnieć – w jednej ze wsi widząc, że kieruję w jego stronę swój aparat, chłopaczek dał mi do zrozumienia, że jeśli mu zapłacę … rozbierze się do naga. Wprawa, z jaką składał mi tę ofertę pozwalała domyślać się najgorszego. Pobiłem chyba wtedy rekord w szybkości chowania aparatu.  A Biertan? Choć przy wielu domach wodę dalej czerpie się ze studni żurawiami, to słowo „wieś” nie bardzo pasuje do tych miejscowości, które swoim rozplanowaniem i typem zabudowy przypominają bardziej nasze południowe miasteczka. Choć wzgórze z twierdzą i warownym kościołem, podobnie jak i cała średniowieczna „wieś” też są na liście UNESCO, to chroni je jedynie… kilka zardzewiałych gaśnic, które same mogłyby już się na niej znajdować. Pozostaje jedynie żywić nadzieję, że skuteczniej broni tego miejsca zamek z 15 (!) ryglami. Wzmocniona trzema (!) pierścieniami fortyfikacja (największa tego typu w całym Siedmiogrodzie) nie została nigdy zdobyta, a tutejsze baszty zachowały od Średniowiecza drewniane galerie, nakryte czterospadowym dachem. Z jednej z nich wypatrzyłem wiejskie zgromadzenie.  Pogrzeb. Przypomniały mi się czasy, kiedy i u nas ciało zmarłego leżało przed pochówkiem w domu, a rodzina, przyjaciele i znajomi gromadzili się wokół trumny na wspólne modły. Zmarły musiał najwyraźniej cieszyć się tu lokalną popularnością, bo czarny tłum nie był w stanie pomieścić się w izbie i rozsiadł się na okalających dom pagórkach. Chyba wiele tracimy, zostawiając przygotowanie tzw. „ostatniej drogi” wyspecjalizowanym przedsiębiorcom. Jeszcze do dziś brzęczą mi w uszach tamte rzewne, prawosławne pienia i z prawdziwą zazdrością wspominam owo wpisanie śmierci w domowy tok wydarzeń. Zresztą zazdroszczę im jeszcze jednego – że siano stoi u nich na polach jak Pan Bóg przykazał, w stogach, a nie uformowanych przez maszynę jednakowych, często pokrytych folią walcach. Może to i praktyczniejsze, ale nie dotykając ziemi nie przesiąkamy już jej zapachem i coraz bardziej ją lekceważymy.

Jadąc do Medias późnym popołudniem trudno było odczepić oczy od stojących przy drogach Cyganów mimo, iż ich miedziane patelnie aż raziły odbitym światłem zachodzącego słońca. Tu mała dygresja – proszę mi wybaczyć, ale cały czas będę używał słowa „Cyganie”, bo nie widzę w tym nic niestosownego. Czy gdyby przy drodze stał Cygan, sprzedający kompakty, to poprawność językowa nakazywałaby mi nazwać go „CD Romem”?

To właśnie w Medias Stefan Batory zaprzysiągł przed polskimi posłami tzw. pacta conventa, które otworzyły mu drogę do naszego tronu (ciekawe, czy i dziś zgodzilibyśmy się na obcego władcę – może pod pewnymi względami ówczesna Europa była bardziej zjednoczona, niż dzisiejsza?). Tu też, w strzelistej Wieży Trębaczy (70 metrów wysokości) więziony był nasz znajomy Wlad. Po wyjściu z kościoła św. Małgorzaty zajrzałem na targowisko, skuszony widokiem świeżych arbuzów (tak przy okazji – nie należy się dziwić, kiedy w sklepach spożywczych zamiast reszty wydadzą nam … kilka cukierków. Ot, taki ich słodki sposób radzenia sobie z denominacją). Ich kupienie okazało się zadaniem nieco utrudnionym, bo kiedy tylko straganiarze zobaczyli dyndającą na pasku lufę mojego aparatu fotograficznego, zamiast oddać się kupieckiemu zajęciu zaczęli szczerzyć swoje najczęściej wybrakowane zęby i musiałem okupić swoje sprawunki sesją fotograficzną. I do dziś dziwię się, że wyszedłem stamtąd z samymi owocami, bo kiedy już doszło do handlu, zaczęli mi oferować najprzeróżniejsze rzeczy, od gwoździ poczynając, a na oponach kończąc!

W Mošna znowu regularna zabudowa i piękny gród kościelny z 5 wieżami (w jednej z baszt można do dziś zobaczyć specjalne, drewniane „stemple”, którymi znaczono przechowywaną tu żywność mieszkańców wioski, dla których owe warowne świątynie stawały się schronieniem czasami na długie miesiące). I wszędobylskie rusztowania – widok częsty w dzisiejszej Rumunii, która stara się przywracać blask swoim zaniedbanym skarbom. Po drodze do Homorod podziwiam w Saschiz kolejny kościół obronny (koniec XV wieku) i z daleka dostrzegam pierwszy na trasie mojej wędrówki, chłopski zamek.

Johann Tomme, jeden z niewielu żyjących do dziś we wsi Sasów, podjechał rozklekotanym rowerem i brzęcząc pękiem wielkich kluczy otworzył kościelne wrota. Pierwotnie romańska, świątynia otoczona została w XV wieku pierścieniami murów obronnych, do których dodano z czasem baszty artyleryjskie. Właśnie tutaj zachowały się najstarsze w Transylwanii freski – początek XIV wieku. W przyjemnym, kościelnym chłodzie zacząłem przysłuchiwać się opowieści Johanna. Kiedy mówił o przedwojniu, jego oczy się iskrzyły– Sasi żyli tu w  zgodzie zarówno z Węgrami, jak i Rumunami. Były dwie kapele, bawiono się wspólnie. Lubili porządek – mężczyźni należeli do wspólnoty bruderszaft, a kobiety – szwesterszaft.. Potem przyszli „czerwoni” i zaprowadzili własne porządki (tu oczy Johanna zaczęły trochę moknąć) – „Sasi to przecież Niemcy, a wszyscy Niemcy to hitlerowcy, zatem wynocha!”. Tym nielicznym, którzy decydowali się pozostać dokwaterowano Cyganów, a ci nie potrafili uszanować cudzego mienia i szybko większość domowych sprzętów lądowała w ogniskach, „a w podłodze wywiercili otwór, do którego się załatwiali”. A że nowi mieszkańcy zajmowali się głównie pasterką, podupadła hodowla zbóż i winnej latorośli. Podupadła też i świątynia. Przestała chronić, bo tym razem wróg był wewnątrz.

Zanim pojadę do Braszowa, pobuszuję jeszcze trochę po ruinach zamku chłopskiego w Rupea (XIII wiek). Buszowanie nieco ogranicza pracująca tam ekipa filmowa (serial historyczny), ale i tak zaczynam rozumieć tę mądrą koncepcję sytuowanych na wzgórzach wiejskich twierdz. Nie od dziś przecież wiadomo, że pan Bóg najchętniej strzeże tych, którzy Go w tym wyręczają. Z tego samego wieku pochodzi chłopski zamek w Cetatea Risnov (i w Calnic, własność gminna od 1430, a także kościół obronny w Cisnadioara z sarkofagiem Izabelli Jagiellonki). To w gruncie rzeczy prawdziwa twierdza, ze wszystkim, czego było potrzeba, żeby przetrwać w obrębie murów niejedno oblężenie – była tu i szkoła i kaplica, spichlerze i piwnice, ogród i sad! Wykopano nawet studnię – 143 metry głębokości. Stojąca na wzgórzu, wśród wysokiego lasu mogła bronić się nawet trzy lata! Tak, tak – mieszkańcy pobliskich wiosek Rasnov, Cristian i Vulcan w roku 1658 schronili się tu na taki właśnie okres. Jak świat światem, górale to jednak dzielny naród! Jeszcze jedna migawka pozostała mi w pamięci z tego niezwykłego miejsca – potężny, drewniany Chrystus, przybity wraz z krzyżem do ściany jednej z chat. Choć nie jest zbyt stary, robi wrażenie, szczególnie twarz – popękana i wysmagana przez wiatr, deszcz i śnieg wydaje się skręcać z bólu…

Znakomicie chronił też kościół w Prešne. Otoczony murem grubym na 4,5 metra (mieściło się w nim aż 270 cel, dostępnych z drewnianych krużganków, które do dziś oplatają go swoją czarną pajęczyną), był dodatkowo wyposażony w otwory strzelnicze i baszty. Co więcej – całość otoczona była fosą, a wewnątrz funkcjonował nawet konny młyn. Kiedy odwiedziłem to miejsce, stalowe, ciężkie chmury tylko potęgowały grozę. Wewnątrz świątyni też nie poczułem sielanki, bo z ran Jezusa (najstarszy gotycki tryptyk w Rumunii) na głowy Maryji i św. Jana lała się prawdziwa fontanna krwi. Nie jestem pewien, czy takie malowidło dodawało otuchy szukającym tu schronienia. Chyba raczej przygotowywało ich na najgorsze… Ale była to chyba „przypadłość” całej, średniowiecznej Europy. Coś, co jednak w tym kontekście zaskakiwało mnie w  Rumuni nie raz to fakt, że nawet, jeśli rzeźba czy obraz były już bardzo zniszczone, to krew była na nich zawsze świeżo odnawiana.

Braszow. Znowu to poczucie oblężonej twierdzy – „najlepiej ufortyfikowane miasto Transylwanii”, „ostatni bastion łacińskiej Europy” (skąd my to znamy?).  Choć pierwotnie w obrębie murów mogli osiedlać się jedynie Sasi, to rozbudowujące się stale miasto wchłonęło z czasem wypchniętych poza ich obręb Rumunów. Ową dyskryminację widać i dziś – do niejednej cerkwi wchodzi się przez ciasną bramę, wciśniętą między … sklepy. W jednej z nich trafiłem na niespotykany u nas sposób spowiadania – najpierw grupka staruszek w czarnych chustkach pochylając głowy stworzyła przed ikonostasem wraz z popem zwarty krąg, cicho wyszeptała modlitwę i rozpoczęto spowiadanie. Co ciekawe – obyło się bez konfesjonału, bo siedzący kapłan jedynie zarzucał na głowy  klęczących przed nim kobiet szeroką stułę. Przyznam, że każda wizyta w cerkwi to dla mnie wielkie przeżycie. I szczerze powiedziawszy  jednej, z prawdziwym oddaniem namalowanej (napisanej) ikony nie oddałbym za całą Kaplicę Sykstyńską, która jest dla mnie niczym więcej, jak tylko monstrualnych rozmiarów popisem rozbuchanego ego jej twórcy („patrzcie, jakie mistrzostwo osiągnąłem w malowaniu ludzkich ciał!”). Braszow także warto zobaczyć z góry i to niekoniecznie z oszpeconego wzgórza Tampa – gęsta plątanina czerwonych dachów (znajdująca się tu Ulica Sznurowa to jedna z najwęższych w Europie – 1,32 metra szerokości) na każdym zrobi wrażenie. Do tego, rzecz jasna, gotycki „czarny kościół”, romański kościół św. Bartłomieja, baszty (Tkaczy, Kowali) i niezliczona ilość uroczych kamieniczek i zaułków. Miasto powoli odzyskuje dawną świetność, którą zawdzięcza, podobnie, jak Sibiu, dogodnemu, handlowemu położeniu. A wszystko, o czym tu piszę to najświętsza prawda, bo inaczej zawaliłby się pode mną stojący w tym ostatnim tzw. „most kłamców” (co ciekawe – nie runął, kiedy przechodzili nim komunistyczni włodarze, co wydaje się być jedyną dla nich okolicznością łagodzącą, ale o tym za chwilę). Starówkę, z dużym i małym rynkiem, jak i plątaninę odnowionych i rozlatujących się domów (praskich „złotych uliczek” mają tu na pęczki) znów najlepiej podziwiać z jakiejś wieży, najlepiej katedralnej. Jak wiele rumuńskich, nienapuszonych wsi, miast i miasteczek Sybin (to po naszemu) może za jakiś czas stać się prawdziwą kopalnią turystycznych pieniędzy, choć boję się, że podzieli los np. Ibizy czy niektórych naszych miast, które przybyszom z zza zachodnich granic kojarzą się jedynie z weekendowymi wypadami do nocnych knajp (w dzień śpią). Możliwe więc, że jedynym wspomnieniem lokalnej atrakcji będzie piwo Ursus, bo na mamałygę, ciorbę czy sarmę (rodzaj gołąbków) ich hamburgerowe podniebienia już się pewnie nie skuszą (choć w tej akurat kwestii częściowo muszę ich usprawiedliwić, bo sami Siedmiogrodziane zdają sobie sprawę, że ich kuchnia to nie mistrzostwo świata, skoro jedną z mamałyg nazwali taci si-nghite – „zamknij się i połknij”. A co z owymi komunistycznymi włodarzami? Znowu trochę żałuję, że Wlada już nie ma. On by już dobrze wiedział, co zrobić z tymi, którzy zdecydowali, że  pod murami średniowiecznego zamku w Hunedora powstanie budowla kilka razy okazalsza i głosić będzie następnym pokoleniom wielkość ich geniuszu. I w ten sposób poczciwe zamczysko ma dziś za sąsiada … zakłady metalurgiczne. Ta pierwsza budowla była kiedyś symbolem węgierskich kresów, ta druga – to chyba kres ludzkiej głupoty.

To, co było dla mnie prawdziwym deserem, Rumunia zaserwowała jak należy, czyli na końcu. Po krótkim, górskim popasie w Bucegach (do dziś nie rozszyfrowałem zastosowania miniaturowych, pasterskich kapelusików, bo choć nosili je na głowach, to nie wydawały się być ochroną przed czymkolwiek), napatrzeniu na przedziwnych kształtów skały i równie przedziwny pałac w Sinaia (belle epoque) malowniczym przełomem Aluty pojechałem do Horez.

Co tu dużo pisać – malowane cerkwie i monastyry rzuciły mnie od razu na kolana! I choć wiele z ich ścian jest dziś otoczonych drewnianymi rusztowaniami, z których cierpliwi konserwatorzy starają się przywracać freskom ich dawny blask (nareszcie, bo serce się kraje na widok Matek Boskich z wyłupanymi przez czas oczami) to do podziwiania zostają i tak niezliczone metry kwadratowe ścian, zamalowanych do każdego wolego centymetra. Z zewnątrz to biblia pauperum ze wszystkimi okropieństwami mąk piekielnych włącznie. Ale kiedy podniesiemy nieco głowę, na sklepieniu krużganków rozpostrze się sklepienie iście niebieskie, wraz z armią godnych naśladowania świętych. Jednak właściwy krąg nieba czeka na nas w środku – wprost nie wiadomo gdzie patrzeć, ma się wręcz uczucie unoszenia w jakiś duchowych przestworzach (chyba o to autorowi, Grekowi Constantinosowi, chodziło). I aż dziw bierze, że w niektórych, maleńkich cerkiewkach te prawdziwe skarby oświetla jedna żarówka, przewieszona przez belkę stropu. Co ciekawe, sztuka tworzenia ikon jest w tym siedemnastowiecznym klasztorze ciągle żywa – do dziś działa tu szkoła ich „pisania”, a kupić je można w niewielkim sklepiku, podobnie, jak i smukłe, pachnące naturalnym woskiem świece. Zaprawdę powiadam Wam – cierpliwość tutejszych mniszek, spowitych od stóp do głów w czarne habity, jest anielska. Kiedy nie mogłem oderwać aparatu od jednej z nich, która czyściła na klasztornym dziedzińcu długi, czerwony chodnik, spodziewałem się, że za chwilę zostanę z niego przepędzony. Na szczęście nie. Jedynie co pewien czas piękna, blada twarz młodej zakonnicy unosiła się znad wiadra i z zamkniętymi powiekami „patrzyła” w moją stronę. Gdybym był malarzem i dostał zlecenie na scenę zwiastowania, to jako modelkę wybrałbym właśnie ją. Mimo całej pokory jej lekki uśmiech dawałby Gabrielowi jasno do zrozumienia, że chyba pomylił adresy – ona ma tu podłogi do wyszorowania, obiad do ugotowania, a poza tym jest jeszcze przecież taka młoda. Niech więc poszuka sobie innej Bożej Rodzicielki. Ale gdzieś tam, w niewielkiej szparce kącika ust można było jednak wypatrzyć, że to trochę kokieteria, której nie dało się skryć nawet tyloma fałdami czarnego habitu.

Mistrzowie z Horez ozdobili też freskami cerkiew w Polovragi. Z kolei budowle w Cozia są o wiele starsze, bo pochodzą z XIV wieku i do dziś zaświadczają o wpływie Bizancjum na architekturę wołoską (pamiętajmy, że i my mamy piękny przykład podobnych polichromii w kaplicy św. Trójcy na zamku w Lublinie).

Region słynie też z wytwarzania pięknej ceramiki (warto nabyć, bo póki co, są to rzeczy niezbyt drogie).

Młodszy rodowód ma sobór koronacyjny w Alba Iulia, dawnej stolicy Siedmiogrodu, mieście ważnym dla Rumunów, bo to właśnie tu w 1922 roku koronowano Ferdynanda I na króla zjednoczonego kraju (w stojącej tuż obok gotyckiej katedrze św. Michała znów natknąłem się na świeże, węgierskie wieńce na nagrobkach ich władców). Jednak, ani katedra, ani cytadela, ani sam sobór nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak nabożeństwo w jego wnętrzu. Niosący się pod same złote sklepienia śpiew kantora, do którego przyłączał się co pewien czas tłum wiernych uzmysłowił mi, jak wielki wpływ wywarła na te pieśni muzyka ludowa – tak cudownie prostych harmonii i melodii nie słyszałem dotąd w żadnej muzyce prawosławnej! Kiedy nabożeństwo dobiegało końca i poświęcono pokarmy, wiele kobiet podchodziło pod ikonostas i … biło o posadzkę soboru pokłony. Poruszający widok.

Nadmiar deseru może jednak czasami przyprawić o mdłości, o czym przekonałem się u końca podróży, kiedy zachciało mi się fotografować współczesne, cygańskie wille. Nie będę się silił na żadne opisy, to trzeba po prostu zobaczyć – umieszczając na jednym końcu architektonicznych zamierzeń  styl minimalistyczny, owe domy-pałace plasować by trzeba z całą pewnością na ich dalekim, przeciwległym  krańcu. Wspomnę tylko o jednym detalu – balkony podtrzymywały figury półnagich, gipsowych niewiast z żaróweczkami, zamiast … sutek. Na szczęście były to jedyne miejsca w damskich ciałach, w które wkręcono żarówki …

Możliwość komentowania jest wyłączona.