Najużyteczniejszy sługa

Jeśli miałbym poszukać w świecie „realnym” odpowiednika koni, rządzących sprawiedliwie królestwem, które napotkał Guliwer, to bez większego wahania wskazałbym na Islandię. Ale po kolei…

Koń islandzki przybył na wyspę wraz z Wikingami już w połowie IX wieku i choć jest potomkiem kucy skandynawskich, czy szerzej – europejskich, ukształtowana przez wieki tradycja nie pozwala na jakiekolwiek mieszanie go z innymi rasami. Jest to o tyle łatwe, że na Islandii obowiązuje do dziś zakaz importu jakichkolwiek koni (choć oficjalny dekret w tej sprawie pochodzi „dopiero” z 1882 roku, nie robiono tego i wcześniej z dwóch powodów – nie było stosownych środków transportu, ani specjalnej ku temu potrzeby). Co więcej – nie można nawet wpuścić z powrotem tego, który opuścił kraj, bo mógłby przywieźć ze sobą chorobę, na którą jego koledzy i koleżanki nie są uodpornione. Zresztą same zwierzęta też chyba nie mają zbytniej ochoty opuszczać swojej ojczyzny – jeden z siedemnastowiecznych kronikarzy angielskich, Thomas Browne, przytacza historię konia, sprzedanego do Anglii, który z tęsknoty za Islandią przestał jeść, a potem … rzucił się do morza, żeby wrócić na swoje ukochane pastwiska! Trzeba też pamiętać, że mimo rozmiarów (ok. 1,5 metra wysokości), nazwanie go w obecności islandzkiego hodowcy „kucem” byłoby wielką obrazą. Pozostańmy i my przy terminologii końskiej tym bardziej, że zwierzę to ze wszech miar zasługuje na ludzki szacunek. I choć dziś używany jest głównie do celów rekreacyjnych (ciągle pomaga też przy jesiennym spędzaniu owiec z górskich pastwisk) szacuje się, że na Islandii żyje ich od 50 do 70 tysięcy! Czym zatem zasłużyło sobie to zwierzę na takie przywiązanie Islandczyków i miano „najużyteczniejszego sługi”?

Choć to koń o niezwykle łagodnym usposobieniu, odznacza się także niezwykłą siłą i wolą przetrwania. Wprost idealnie dopasował się też do tutejszego klimatu – zimą pokryty jest grubą warstwą sierści, której pozbywa się na wiosnę. To właśnie warunki klimatyczno – terenowe stanowiły od początku największe wyzwanie dla tej rasy – nigdy przecież nie był tu zagrożony atakiem drapieżnych zwierząt, przed którymi musiałby uciekać. Stąd też wspomniana łagodność charakteru, idąca w parze z umiejętnością oceny sytuacji (nie zapominajmy, że to kraina ciągle aktywna tektonicznie, pełna huczących wodospadów, rwących rzek i dymiących szczelin skalnych), w których ich zagraniczni krewni mogliby popaść w panikę. Jeśli dodamy do tego ponadprzeciętną odporność na ból, nie należy się specjalnie dziwić, że Wyspiarze szybko docenili walory tak niezawodnego „środka transportu” tym bardziej, że poza trzema podstawowymi rodzajami kroków (stęp, kłus, galop) potrafi poruszać się także truchtem (tölt) – w czasie tego równego biegu jeździec nie jest podrzucany w siodle, co szczególnie przydaje się w terenie, a także przejść na inochód (skeið). Islandczycy dbają też, żeby zwierzęta nie zatraciły swojego naturalnego instynktu i starają się zapewnić im jak najwięcej wolnej przestrzeni, jesienią udzielając im nawet specjalnych, stadnych wakacji.

Choć wiele zwierząt sprzedano za granicę (w latach 1851 – 1939 wyeksportowano  aż 148 tysięcy), to żeby w pełni docenić ich walory i urodę trzeba przyjechać tu, na Islandię, bo tylko tu wiatr tak wspaniale rozwiewa ich bujne czupryny. Mnie oprócz świszczącego wiatru w pamięci utrwaliło się coś jeszcze – razu pewnego pan koń podszedł do swojej pani, delikatnie potarł zawadiacką grzywą o jej bok, po czym łagodnie przytulił do niego swój łeb i w takiej romantycznej pozie znieruchomieli oboje na długo …

MAREK PINDRAL

Możliwość komentowania jest wyłączona.