Najlepszy produkt eksportowy

Pytam czasami znajomych czy wiedzą, jaki jest najsłynniejszy, polski produkt eksportowy. W 90% przypadków odpowiadają, że pewnie wódka. Zdecydowanie wtedy zaprzeczam, bo jest coś, co bywa na świecie znacznie bardziej rozpoznawalne i to coś, w odróżnieni od wódki, stosowane nawet w największych ilościach, nie szkodzi. Wręcz odwrotnie – pomaga i nam, i tym, których owym produktem częstujemy. Cóż to takiego? To miłosierdzie! Ale po kolei…

 

Schodząc z chińskiej góry Emei nie byłem pewien, czy uda mi się na czas wyjść z subtropikalnego lasu. W poszukiwaniu ciepłego posiłku zajrzałem więc do jednej z chat, bo z jej komina snuła się przyjaźnie wyglądająca, siwa strużka dymu.

I tak, schodząc w komunistycznych Chinach z buddyjskiej góry, siedem tysięcy kilometrów od Polski, natknąłem się na obraz Jezusa Miłosiernego, namalowany z inspiracji siostry Faustyny, bo skośnooki gospodarz był… chrześcijaninem.

 

Miłosiernego Jezusa spotkałem też w Nanchang, kolebce chińskiej, ludowej armii. Czekał na mnie cierpliwie w mieszkaniu jednego ze studentów. Kiedy jego babcia usłyszała, że jestem z dalekiej Polski, podreptała do sypialni i wróciła z niej, trzymając w drżących dłoniach słynny obrazek. To nie wszystko – miała też „Dzienniczek”, gęsto zapisany chińskimi znakami!

 

Będąc na wakacjach w Polsce, chciałem kupić jej w prezencie „Faustynę”, film, który lubię, bo nie przemawia do mnie z nachalnością, tylko zostawia przestrzeń niedopowiedzenia, w której każdy z nas może umieścić siebie i swoje duchowe potyczki.   Oczywiście nie oczekiwałem, że będzie miał chińskie napisy, ale angielskie już tak, dzięki czemu M. będzie mógł tłumaczyć babci wszystkie dialogi. Niestety, jak większość naszych filmów, nie miał nawet ich! Szkoda, bo chińskie filmy, które tam kupowałem, takie napisy mają, dzięki czemu zawarte w nich treści łatwiej zdobywają nabywców. A miłosierdzie to przecież „produkt” pierwszej potrzeby, bez względu na szerokość geograficzną, więc powinno się je „sprzedawać”, jak gorące bułeczki!

 

Niezwyczajne było też spotkanie z Jezusem Miłosiernym na Półwyspie Arabskim, do którego doszło w dzień Bożego Narodzenia. Oczywiście dla naszych młodszych braci Muzułmanów Jezus nie był Bogiem, ale jednym z proroków, podobnie, jak Mahomet, najważniejszy z nich.

Dzień narodzin Mahometa jest co prawda wolny od pracy, ale nie są z tym związane żadne szczególne obyczaje. Pobożni Muzułmanie mają po prostu więcej czasu, żeby odwiedzić meczet, wspominać Boskiego Posłańca czy po prostu spotkać się z liczną rodziną. Albo choćby porozmawiać dłużej przez telefon, bo podobnie, jak w przypadku święta, które upamiętnia nocną podróż Mahometa do Jerozolimy, dostają wtedy zniżki na rozmowy i są w siódmym niebie (Prorok, który, jak chce tradycja, poleciał do Jerozolimy na rumaku szybkim, jak błyskawica, także dotarł do Siódmego Nieba, ale tego z największej litery, spotykając po drodze Swoich poprzedników, aż stanął w końcu twarzą w twarz z Allachem, u którego wytargował, że modlić się będą nie pięćdziesiąt razy dziennie, tylko pięć).

 

Ja też odbyłem tam nocną podróż i owa podróż też wiązała się z muzułmańskim prorokiem, ale nie Mahometem, tylko Jezusem – tuż przed Bożym Narodzeniem odwiedziło mnie trzydziestu kolędników. A skąd wzięli się kolędnicy na Półwyspie Arabskim? Ano stąd, że niektórzy z licznie zatrudnionych tam Hindusów to… chrześcijanie.

A skąd chrześcijaństwo w Indiach? Niewielu z nas wie, że jest ono starsze od polskiego aż o 900 lat, bo wedle tradycji przywiózł je tam nie kto inny, tylko święty Tomasz Apostoł!

 

Śpiewaliśmy więc kolędy (bardzo spodobały im się polskie, choć pewnie polubiliby je jeszcze bardziej, gdyby wykonywał je ktoś, na którego gardło Pan Bóg spojrzał nieco łaskawszym okiem, niż na moje) i wspólnie modliliśmy się. A potem wędrowaliśmy od domu do domu, a jeśli jakieś domostwo było kilkadziesiąt kilometrów dalej, wsiadaliśmy w samochody i pędziliśmy pustynnymi drogami, mijając po drodze ogniska, wokół których siedzieli skuleni z zimna Arabowie, odziani w długie szaty, z turbanami na głowach. Wyglądali zupełnie, jak pasterze sprzed dwóch tysięcy lat, którzy strzegli swoich owiec pod rozgwieżdżonym niebem, aż aniołowie oznajmili im niezwykłą nowinę.

- Jeszcze rok temu biliśmy także w bębny, – poinformował mnie jeden z kolędników – ale po zamieszkach Arabskiej Wiosny nie chcemy się tak rzucać w oczy, żeby nikogo nie drażnić. Dlatego nie zdziw się, kiedy zobaczysz naszą kaplicę – ukryliśmy ją w mieszkaniu.

 

Poczułem się w niej, jakbym był wśród pierwszych chrześcijan. Ale nie dlatego, że była schowana, lecz ze względu na entuzjazm modlitewników – pełno było radosnego klaskania, dzieci tańczyły i wszyscy byli sobie bardzo bliscy, serdeczni.

A potem zaprosili mnie na jasełka, których także nie zapomnę i to z kilku powodów – odbyły się przecież w muzułmańskim kraju, obok wielkiego, piątkowego meczetu, a aktorami byli chrześcijańscy Hindusi, którzy w ostatniej chwili przypomnieli sobie, że nie mają odpowiedniej lalki do położenia w żłobie, więc położyli tam… pluszowego misia, owiniętego w pieluszki. Z daleka i tak nie było tego widać, a ja jestem pewien, że Pan Jezus patrzył na to miłosiernym okiem, bo Jego słynne wizerunki spotkałem w wielu domach, rozsianych po tutejszej pustyni.

 

Przywiozłem też z Polski opłatki, bo staram się pielęgnować każdy obyczaj, dzięki któremu ludzie stają się sobie bliżsi, bez względu na kolor skóry. Łamałem się więc nimi i z Hindusami i z Arabami. Ze wspomnianymi wcześniej Chińczykami także. W tle, z głośników grzmiało wtedy na cały regulator Bóg się rodzi, moc truchleje, a ja życzyłem moim skośnookim przyjaciołom, żeby i komunistyczna moc, która nie szanuje religii i ludzkich praw, także tam w końcu struchlała. I takie samo życzenie wypisałem na wielkim, czerwonym lampionie, który w noc, poprzedzającą mój powrót do Polski, wypuściliśmy w niebo…

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.