Na poddaszu świata

Kiedy po niespełna dwugodzinnym locie z parnego i nie zawsze pachnącego legendarnymi kadzidełkami Delhi wyjrzałem przez okno samolotu, mrowie ciarek przebiegło mi po plecach – pod nami białe kłębowisko chmur zaczęły przebijać swoimi ośnieżonymi szpikulcami Himalaje! Rozmowy w samolocie nagle przycichły, aż ustały zupełnie i można było w kościelnej wręcz ciszy łykać danie, serwowane za oknem. Każdy brał nie tylko na miejscu, ale i na wynos, żeby starczyło na jak najdłużej dla brzuchów pamięci.

Po chwili i my pruliśmy pierzynę chmur, zniżając się coraz bardziej do szaro-burego morza z zastygłymi w kamieniu falami. Mrużąc oczy można już było w dolinie, daleko przed nami, dostrzec maleńkie plamki wiosek, nanizanych na nitkę Indusu i zielonego kleksa – Leh.

Kiedy jednak owo Leh było już prawie pod kołami naszego samolotu, lądowisko też tuż, tuż, my ciągle jeszcze byliśmy za wysoko, żeby zdążyć na nim osiąść. Pomyślałem, że cóż, na tym widać moja przygoda z Ladakhiem będzie się musiała zakończyć, bo lecieliśmy wprost na ścianę olbrzymiej góry, która potężniała z sekundy na sekundę. Zanim jednak zdążyłem sobie przypomnieć jakąkolwiek modlitwę na ową eschatologiczną okoliczność przeznaczoną, nasz pilot łagodnym skrętem w lewo wprowadził maszynę do wielkiego kanionu. Cały czas zniżając pułap lotu wydostaliśmy się wreszcie z tego kamiennego korytarza i znowu ujrzeliśmy Leh, tym razem już na wysokości odpowiednio dopasowanej do lądowania.

Kiedy wystawiłem głowę z puszki samolotu, uderzyły mnie dwie rzeczy – krystalicznie czyste i rześkie powietrze oraz … futryna, dzięki której już na lotnisku zaliczyłem swojego pierwszego guza. Trzeba Ci, Czyteniku, wiedzieć, iż lud tamtejszy w większości sięgał mi do ramion i to mimo faktu, że sam zaliczam się do napoleońskiej kasty kurdupli! Wszystko tu, zatem, węższe i krótsze, co tak zwany (i bezdyskusyjny) majestat gór pomniejsza jeszcze bardziej.

Kiedy, zatem, głowę nabitą już miałem wrażeniami z podniebnej podróży i niejednym guzem, czekał mnie trzeci szok – wojsko! Mimo, iż Ladakh strzeżony jest od południa dwoma siedmiotysięcznikami, Nun  i Kun, a na północy wartę trzymają solidarnie tak samo potężne Rimo 1 i Teram Kangri 1, to hinduarmiści mogą w każdej chwili wyskoczyć zza mostu, krzaka czy modlitewnego młynka. Trochę się człowiek na początku czuje nieswojo, kiedy w jakiejś zapomnianej przez Boga dolinie wyrasta nagle kurhan z worków z piaskiem, a wystająca z niego lufa śledzi nasze ruchy… Choć obszar ten należy do najspokojniejszych regionów w całym stanie Kashmir i Jammu, nie można zapominać, że większość znajdujących się opodal granic jest patykiem na wodzie, czy też raczej na górach, pisana – choć Chińczycy siedzą póki co cicho, to z Pakistańczykami Indie ciągle mają „na pieńku”.

Ta górska kraina jest często nazywana „Małym Tybetem” ze względu na związki kulturowo-religijne ze swoim północnym sąsiadem, którego była kiedyś jednym z zachodnich królestw. Z grubsza rzecz ujmując, wschodnia część Ladakhu zasiedlona jest wyznawcami lamaizmu, który z czasem wyparł starą religię tego obszaru – bon-po, a zachodnia muzułmanami. Ci ostatni stanowią tu, zresztą, mniejszość i zamieszkują głównie  Kargil i dolinę Suru. Wspomnienia podszeptują mi, że miło było mieszkać zarówno w pobliżu rozedrganych mantrycznym śpiewem gomp, czyli klasztorów, jak i meczetów, z których pięć razy w ciągu doby rozlega się śpiew muezina (choć zdarza się, że ową pobożną robotę odwala za niego taśma magnetofonowa).

Mimo, iż jak to zwykle w Indiach bywa, miesza się tu wiele tradycji, najczęściej spotykanym widokiem są właśnie wspomniane gompy, przylepione do gór i czorteny (stupy, rodzaj strzelistych kapliczek z bulwiastą podstawą, upamiętniających śmierć Buddy albo buddyjskiego świętego, czasami z jego relikwiami), bielą swoich ścian cudownie odbijające się od błękitu nieba. Co ciekawe – niektórzy naukowcy wywodzą kształt owych stup od znanych w naszej części Europy kurhanów, które miały ponoć pojawić się na subkontynencie indyjskim wraz z ludami, przybyłymi tu z obszaru między dzisiejszymi Niemcami, a Rosją i stały się w okresie wedyjskim tradycyjną już formą grzebania zmarłych (nawiasem mówiąc – każdego poważnego badacza sanskrytu ścieżki prędzej czy później poprowadzą na Litwę!).  I tak, wraz z rozprzestrzenianiem się Buddyzmu na północ, stupy trafiły i do Ladakhu. Może nawet słowo „rozprzestrzenianie” nie zawsze jest tu na miejscu, bo często było to raczej wypieranie przez przechodzący do ofensywy ideologicznej hinduizm, który tam, gdzie nie mógł się nowej filozofii i jej praktyk pozbyć, postanowił wchłonąć w swój przepastny panteon także i Buddę, czyniąc zeń kolejne wcielenie Wisznu. Jeśli, natomiast, w swoich wędrówkach natkniemy się na mani (kamienne konstrukcje, okrągłe lub podłużne, z wyrytymi mantrami, często kładzionymi jedna na drugiej, niczym nasze poczciwe dachówki), to pamiętajmy, żeby obchodzić je zgodnie ze wskazaniem zegara. Jeśli się jednak w tej kwestii pomylimy, to nie musimy zaraz wpadać w panikę, bo być może wezmą nas za zwolenników starej tradycji bon-po, którzy chadzają w odwrotnym kierunku!

Kluczem, swoistą przepustką do tej krainy jest słowo, wymawiane dżu’lej, co znaczy zarówno „dzień dobry”, jak i „do widzenia”, „dziękuję”.

Ze strawą przyziemnej natury kłopotów żadnych też tu nie ma, bo kluski momo albo inny, miejscowy przysmak – makaronowa zupa thukpa wraz ze stosowną chińszczyzną, tybetańszczyzną, nepalszczyzną, hinduszczyzną czekają na nas w mniej lub bardziej przytulnych obiektach wyżerkowej natury, choć raczej nie doradzam zaglądania na tzw. zaplecza! Poszukując, z kolei, strawy duchowej pamiętajmy, żeby ani do klasztorów, ani do meczetów nie ładować się w buciorach, czy też zbyt skąpo odziani chyba, że  chcemy uchodzić za sadhu i oni ten „kit” kupią.

Warto pokłonić się wielorękim bóstwom, podumać przy wyblakłych freskach, mandalach malowanych, albo misternie usypywanych przez cierpliwych mnichów, którzy bez przywiązywania się do efektu swojej pracy obracają je potem w pył, łypnąć na misternie malowane thanki, czyli religijne sztandary i złóżyć mamoniczną ofiarę, bo ci bordowo odziani braciszkowie łatwo tu, szczególnie zimą, nie mają (można też złożyć w religijnej ofierze kadzidła, wodę, herbatę, a nawet jedzenie). Radziłbym też zerwać się rano na  pudżę, czyli modlitwę i choć mniszkowie swoimi basowymi dźwiękami mogą nas na powrót ukołysać do snu, to radzę się mieć na baczności, bo znienacka potrafią tak walnąć w bębny, dzwonki i talerze, wzmacniając ów efekt, którego raczej nie odważył bym się nazwać boską muzyką, dęciem w trąbity i przeraźliwie piskliwe oboje,  że ma skutek podskoku można wybić dziurę w suficie! (muzyka świecka wykonywana jest przeważnie z okazji ważnych uroczystości i to najczęściej jedynie przez dwóch muzyków – jeden gra na oboju sumai, a drugi na bębnie dha-man). Nie ma się też co czarować – niejeden z mnichów trafia do klasztoru raczej nie z rozbudzonego w tak wczesnym, chłopięcym wieku powołania, ale z czystej, rodzinnej konieczności, bo w wielu chatach o przelewaniu się raczej mowy być nie może. Nie zdziwmy się, zatem, kiedy w czasie swych nabożnych mantromedytacji jeden braciszek z drugim po głowach czy brzuchach się podrapie, nie pogardziwszy nawet skrobnięciem się po tym, czego się Państwo domyślacie, a ja wstydzę w tak nabożnym kontekście nazwać po imieniu. Wesoło przy tym bekają, więc sen, jak z kamienia, raczej nam nie grozi.

Warto też zakręcić modlitewnym młynkiem, albo i całą ich baterią, a co bardziej upadli moralnie powinni wprawić w ruch wielkie młyny przydrożne. Jest ich na tyle w całym Ladakhu, że nasz europejski dylemat „co zrobić z rękoma?” nie ma tu racji bytu. Nawet w podróży można sobie pokręcać młynkiem na patyku, w transik stosowny nas wprowadzającym, albo przesuwać paciorki różańca (mala). I choć nie o pokutę tu, po prawdzie, idzie, a bardziej o zjednoczenie się z szeroko pojętym Wszechświatem, to tak, jak wszędzie na świecie są tu tacy, co do owej duchowej roboty szczerze się przykładają, jak i tacy, dla których to jedynie wygodny „szybkościowy producent modlitw” (definicja Wł. Opalińskiego!!!). Tak czy siak, warto wierzyć, że owe obroty powodują dobroczynne rozchodzenie się modlitw, co tylko wzmacnia ich działanie, u którego początku stało zalecenie Buddy, aby „obracać koło praw”. I choć odnosiło się ono bardziej do Jego nauk, to owe „wzmacniacze” z całą pewnością nikomu jeszcze nie zaszkodziły. Ot, nie pierwszy to przypadek, kiedy nauki jakiegoś duchowego nauczyciela obrosły z czasem rytuałami, a nawet przerodziły się w kult jego samego, przesuwając punkt ciężkości z samodoskonalenia się na jakże mniej wysiłku wymagającą obrzędowość. Znamy to, zresztą, bardzo dobrze i z naszego, polskiego podwórka. Poza tym i buddyzmu nie ominęły podziały, które jeszcze bardziej ubarwiają tę i tak już bardzo bogatą tradycję duchową. I to ubarwiają dosłownie, bo dwie wielkie szkoły to w kolejności chronologicznej „Czerwone czapki” i „Żółte czapki”. Czas zresztą, przez nas najczęściej pojmowany linearnie, tu kojarzy się bardziej z toczącym się kołem, na którym nasz punkt, choć cały czas w ruchu, to jednak cofa się przed zatoczeniem kolejnego kręgu. Owa karmiczność przypomina wczesnochrześcijańskie pojęcie działania naprawczego i nie powinna być, jak to często bywa, mylona z karą. Wielu łączy zresztą chrześcijaństwo z buddyzmem bardzo bezpośrednio i utrzymuje, że Jezus przebywał na tych właśnie terenach zanim Sam zaczął nauczać, a dowody tego przechowywane są ponoć w tutejszych klasztorach. Nawet, jeśli włożymy to między bajki czy też pobożne życzenia tych, wedle których wszystko ma swój początek w Indiach, to warto wspomnieć, że słynne edykty żyjącego prawie trzysta lat przed Chrystusem Asioki, którego północne królestwo rozciągało się od dzisiejszego Afganistanu po Bengal, ryte były między innymi po grecku i uwaga… aramejsku, co tylko świadczy o ożywionych kontaktach nie tylko polityczno-handlowych (przez Ladakh wiódł przecież słynny Jedwabny Szlak), ale i żywym przenikaniu się kultur tamtych obszarów. Przecież i sam Budda, mnożony w tysiące, zaczął z czasem na swoich posągach i posążkach siedzieć czy półleżeć w pozach i draperiach jakże typowych dla sztuki starożytnej Grecji! Ot, mała ta nasza ziemia!

Leh to w zasadzie Ladakh w pigułce- i meczecik się znajdzie, i stupy wszelakie (największą, Shanti, czyli „pokój”, zbudowali miniaturowi Japończycy i klasztor nie jeden też tu przycupnął (polecam gompę Soma), a na wzgórzu Namgayal rozsiadł się, księżycowych kształtów, szesnastowieczny pałac z fortecą, dziś już opuszczony, bo wywodząca się z dynastii Gjalmo rodzina królewska przeprowadziła się do Stoku. A stąd już tylko dwa kroki do Namgyal Tsemo, starej, prawie sześćsetletniej gompy z pięknymi freskami i malowniczymi mnichami, z którymi można się łatwo dogadać w języku uśmiechów i pokłonów. Widok na Leh jest stąd przedni i chwila niezwykła, bo przygrywają nam rozmodlone i roztrzepotane na długich sznurach  chorągiewki, których kolory symbolizują pięć żywiołów: żółte to ziemia, czerwone-ogień, niebieskie-niebo, białe-chmury, a zielone to woda.

Przy odrobinie szczęścia można też trafić w Leh na zawody łucznicze albo mecz polo i nie myślmy przy tym, że to ciągle jeszcze odbija się tu brytyjskie echo, bo jest dokładnie odwrotnie – to stara rozrywka tubylców, znana w Azji od niepamiętnych czasów, a pierwsza spisana relacja z meczu ma przeszło 2600 lat i pochodzi z Persji, skąd polo rozprzestrzeniło się stopniowo na Wschód, docierając nawet do Japonii. Samą nazwę wywodzi się od rosnącego w Indiach drzewa pulu, z którego wykonana jest piłka, albo od słowa polo, oznaczającego w tybetańskim języku Balti piłkę lub grę z piłką. Zresztą Anglicy nie tylko polo im podkradli – to właśnie z Indii przywieźli zwyczaj picia herbaty z mlekiem, która pachnie tu dodatkowo kardamonem, goździkami, cynamonem. Próbowałem też niezwykle delikatnego naparu z dodatkiem krokusowego pyłku, czyli szafranu. Nirwana w gębie! Nawiasem mówiąc, przyrządził mi go pewien muzułmanin, którego raczej trudno byłoby zaliczyć do ortodoksyjnych uczniów Proroka – sam przyznawał, że do meczetu wiecznie się spóźnia, do zalecanej, pięciokrotnej modlitwy stosunek ma raczej luźny, a alkohol … no cóż… jako artysta (tu wyjaśniam, że w miesiącach zimowych wyjeżdża na południe, żeby statystować w niepodrabialnych produkcjach Bollywoodu), zatem jako artysta pić przecież musi!

Pamiętajmy też, że tu krowy obdarzane są podwójnym szacunkiem, bo to, co wypada im spod ogona górale zbierają do plecionych koszy i suszą na opał, którym ratują się zimą. Celowo nie użyłem w odniesieniu do owych zwierząt nieco mylącego terminu „święte”, bo owe wałęsające się po całych Indiach kopytne nie zaznają tu żadnej boskiej czci w naszym rozumieniu tego terminu i to mimo faktu, że w wielu hinduskich podaniach przypisano im często niepoślednie role. Muzułmanie, z kolei, podchodzą do nich bez żadnej rewerencji, bo w odróżnieniu od większości buddystów czy hinduistów nie widzą nic niestosownego w posilaniu się zwierzętami, z wyłączeniem świń ma się rozumieć. W czasie kończącego Ramadan święta Bajram dokonują nawet ich obrzędowych rzezi! I od wieków wszystkie te społeczności skazane są na wzajemne towarzystwo…

Warto też jednak pobuszować po okolicy i odwiedzić piętnastowieczne gompy w Thiksey i  Spituk. Z obydwu roztaczają się widoki, które wciskają oddech z powrotem do piersi, a w tej pierwszej przewierca nas wzrokiem dwupiętrowy, współczujący Budda Maitreja. Nie będą też żałować ci, którzy w poszukiwaniu duchowych przybytków wyprawią się do Tsemo, Sanskar czy Tisseru.

Nie powinno się też żadną miarą pomijać doliny z rzekami Nubra i Shyok (choć w nazwie ta druga jest pomijana, ale miejmy nadzieję, że i ona doczeka się rehabilitacji w duchu poprawności kartograficznej). Trzeba przy tym bardzo uważać, żeby oczy nie wyskoczyły ze swoich orbit i zaczęły krążyć dookoła naszego skalpu, bo w to, co widzą, trudno uwierzyć – zaczyna się kolejna puja, odprawiana tu bez ustanku przez Himalaje. Patrzysz w pionach i poziomach i chcesz te wszystkie cuda zapisać na kliszy swojej pamięci, choć na wszelki wypadek warto też i w aparacie. Pod górę i nieco w dół, a za chwilę jeszcze bardziej pod górę. W uszach świszczący wiatr, a pod kołami pierwsze śniegi. I w końcu najwyższa na świecie przejezdna przełęcz Kardung La (5602m npm). Choćbym nie wiem jak się pocił przy swoim słownym malarstwie pejzażowym, to nie będzie to nawet mikronowa cząstka tego, co nas tu czeka.

Po kolejnej kontroli przepustek i spisaniu naszych danych przez biegłą w swym biurokratycznym rzemiośle armię, która jest chyba najdziwniejszą armią świata, bo niejednemu mundurowemu wystają spod rękawów pomalowane paznokcie, pod czapką mierzwi się kępa ufarbowanych na pomarańczowo włosów, nie wspominając już o całym turbanowm bogactwie, zostajemy wreszcie puszczeni na podbój ich ziem. Warto po drodze westchnąć raz czy dwa do lokalnych duchów opiekuńczych, żeby na łeb nie spadł nam żaden kawałek góry, a nie daj Bóg wszelaki cała ich lawina. Jeśli o stosownej modlitwie w owej intencji zdarzy nam się zapomnieć, to przypomną o niej z całą pewnością leżące na dnie przepaści zardzewiałe szkielety pojazdów podobnych jak dwie krople nieszczęścia do naszego. No cóż – fizyk-ryzyk, wóz albo przewóz! Nawiasem mówiąc do dziś nierozstrzygniętą zagadką pozostaje dla mnie ten rozciągliwy stop metali, z którego wyklepane są owe lokalne czterokoły. Zmieścimy się w nich i my z całym plecakowym majdanem, połowa populacji z mijanej po drodze wioski, wszystkie ciotki i wujkowie kierowcy oraz wyskoczy mały mnich z wielkim tornistrem.  A na początku wydawało się nam, że dżip pomieści co najwyżej cztery, pięć osób!

Spieszyć się, zresztą, nie ma co, bo po drodze i tak nie jeden raz przytrzyma nas widok stad długowłosych kóz i jaków z ich jakże malowniczymi pasterzami czy pasterkami (twarze mają tak piękne, że mogłyby zdobić niejedną okładkę zachodniego żurnala choć, niestety, wiatr, słońce, śnieg i inne atmosferyczne kosmetyki szybko pozbawiają je świeżości, choć nie urody – ta dalej przykuwa nasz wzrok mimo, iż są to już oblicza stwardniałe i poryte, jak koryta wyschniętych rzek), albo zbieraczami chrustu czy trawy, zgiętymi pod ich stertą, dźwiganą na plecach. Na modę lokalną też warto łypnąć, bo dzielnie opiera się różnym parysko-mediolańskim trendom. Raczej nie usłyszy się tu okrzyku, znanego wielu samcom z naszej części świata: „ja nie mam co na siebie włożyć”, bo w większości od setek lat tutejsi mieszkańcy gustują w tym samym! Przyjrzyjmy się im, zatem od stóp – obutych w papu, (buty z zawiniętymi czubkami) – do głów, zwieńczonych wysokimi, ciepłymi czapkami, perakami. I jeśli gdzieś na świecie można mówić o „haute couture”, czyli wysokim krawiectwie, to z całą pewnością tutaj, bo podobnie, jak szkoły, stoi ono na bardzo wysokim poziomie – średnio 4 tys. m npm.

Moim pierwszym przystankiem było Diskit, dość spora osada z przylepioną do gór, pięćsetletnią gompą i niezwykłym jak na takie wysokości mikroklimatem, dzięki któremu można było pałaszować rosnące w sadzie naszego gospodarza śliwki (a zdarzają się tu też brzoskwinie, jabłka, a nawet orzechy). Miło było złożyć swoje umęczone kości pod bambusowym dachem, choć jak się potem okazało wyznawcy Proroka dotarli nawet i tu, a nasza chata miała nieszczęście znajdować się odrobinę za blisko wiejskiego meczetu, skutkiem czego muezinowe zawodzenie wyrywało mnie z jakże upragnionego snu już o czwartej rano!

Z Diskit warto wybrać się na ….. pustynię (to nie pomyłka!). Aż do położonego w oazie zieleni Hunder ciągnie się tu jezioro piachu, pofalowanego w wydmy o wymyślnych kształtach, które na tle majaczących w oddali ośnieżonych szczytów wyglądają jak fotomontaż artysty o rozumie niezbyt spełna. I wszystko to wśród pionowych ścian rozległej doliny, przez co czuje się tu człowiek jak na głębokiej patelni.

Grzechem skutkującym reinkarnacją w postaci najobrzydliwszego robaka byłoby  pominięcie innych osad doliny! Warto zerwać się z pierwszym muezinowym wrzaskiem i przeprawić na drugą stronę Shyoku, zatrzymując choćby w Sumur. Powiedzą Wam, że trzeba tam zobaczyć gompę Samster, ale szepnę też na ucho, abyście nie gardzili i pomniejszymi przybytkami, gdzie estetycznie i duchowo (a czasem i w sensie jak najbardziej jelitowym można się posilić.

Taka właśnie mieszanka, z przyprawą smacznej bezinteresowności, czekała na mnie w niepozornej i, niech język mój szczerze to wyzna, zaniedbanej i o pomstę do murarskiego nieba wołającej, gompie Tegar. Minąłbym ją bez dwóch zdań (stoi nieco na uboczu i jest tak biedna, że młynki modlitewne w murze przy wejściu zrobione były z puszek po konserwach!), gdyby nie uśmiechy wieśniaczek. Korzystając z zaproszenia, zaszedłem od podwórza i stąpając po wiekowych, trzeszczących schodach zostałem wprowadzony  do ciemnawego pomieszczenia, oświetlonego jedynie małym, skąpym okienkiem. Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do tej reglamentacji słonecznego blasku, stwierdziły z rozbawieniem, że te białe punkciki, krążące po izbie parami, to oczy przeuroczych, czarnowłosych gospodyń, z których jedne zajmowały się podsycaniem ognia na palenisku z epoki chyba łupanej, inne przebierały groch wysypujący się z plecionych koszy, a jeszcze inne ugniatały mączne placki (o wiele grubsze, niż tradycyjne, hinduskie czapati). Mimo ścisku, potęgowanego jeszcze grubością ich brązowych spódnic, serdaków i barwnych chust oplatających ramiona, robota szła bardzo sprawnie, zakłócana jedynie, choć za pozwoleniem, trzaskaniem mojego aparatu. Z owej kuchennej izby, w towarzystwie ust, roześmianych od ucha do ucha, zostałem poprowadzony do długiej sali, w której siedziało kilku pomarszczonych mężczyzn, zajętych szyciem i lepieniem w glinie. W jej drugiej, obwieszonej tankami, części zaczęli powoli gromadzić się mnisi. Niezmiernie miło w tak upalny dzień posiedzieć sobie w przyjemnym chłodzie i dać się otoczyć gardłowym, niespiesznym i niebywale kojącym buddyjskim mantrom. Prawdziwym przebojem, że się tak wyrażę, a mam też nadzieję, że nikogo przy tym nie urażę, jest tu OM MANI PADME HUM, dająca wielkie pole manewru interpretacyjnego mantra, która dosłownie znaczy „klejnot jest osadzony w lotosie” przy czym ów „klejnot” symbolizuje osobowość mówiącego, a „lotos” – Wszechbyt. OM to także święta inwokacja hinduistów (bardzo, zresztą, nielicznych w tej części Indii), dla których jest zarodkiem każdej mantry i każdego poznania. Muszę się tu przyznać, że im więcej poznaję mantr, tym mniejszą ochotę mam na ich tłumaczenie. Wolę po prostu poddać się tym dźwiękowym wibracjom z całym dobrodziejstwem ich uspokająco-oczyszczającego inwentarza. Są przecież, jak wiele innych fizycznych czynności w wielu innych tradycjach, jedynie podprowadzaniem nas pod drogowskaz, za którym kończy się wiedza, a zaczyna wiara. A wierzymy przecież na tysiące sposobów! Ową mozaikę jakże trafnie złożył kiedyś za pomocą jednego zdania Herman Hesse: „Kiedy Bóg wyraża się inaczej w Hindusach i Chińczykach, niż w Grekach, nie stanowi to wcale braku, lecz bogactwo”.

Wróćmy jednak na ziemię, czy też dokładniej – na mocno już wytarte deski owego świętego przybytku. Moje oczy zamieniły się w prawdziwe iskierki, kiedy na sali pojawiły się znajome  gosposie z cieplutkimi plackami i pysznym, słodkawym twarogiem na ich szczycie. I nawet braciszkowie łypali na kuszącą zawartość blaszanych talerzy, które po chwili stały już przed każdym z nas. A na dodatek jeszcze dzbany z parującym czajem! Choć muszę tu przestrzec, że dodatek masła zamienia smak tutejszej herbaty na słonawy, co na początku może być nieprzyjemnym zaskoczeniem, ale potem przełyk już nie protestuje.

Tak ugoszczony, ruszyłem jeszcze dalej w głąb doliny, do jej ostatniego, dostępnego dla cudzoziemców miejsca.

W wiosce Panamik, czekają na nas, oprócz bajecznych, jak wszędzie, landszaftów – gorące, siarczane źródła. I to gorące naprawdę! To nie żadna ciepła zupka sącząca się ze skał, tylko autentyczny ukrop. Tubylcy robią tam nawet przepierki i urządzają  sobie na wysokości 3183 m npm, kąpiele.

Wyprawa na południe Ladakhu to rzecz też nie do zapomnienia!

Mijamy po prawej szczyt Kangyadze (6400 m npm) i zaczyna się wdrapywanie na przełęcz Taglang (5328 m npm). Po drodze – orgia gór uformowanych latami w najprzedziwniejsze kształty, dolin odsłaniających przekroje tych kamiennych molochów z pasiasto ułożonymi, wielobarwnymi warstwami minerałów i wodospadów, dziko rozbryzgujących się w dole. Noc w takim miejscu to prawdziwe rekolekcje, którym przewodzi księżyc-ekumenista, rzucający prawdziwie platońskie cienie i po buddyjsku odbijający swoją srebrną twarz w ukrytych wśród skał jeziorach, tsos. I jak się dobrze przypatrzeć, to widać, z jakim pobłażaniem spogląda na naszą ziemską szamotaninę, wyszeptując koraniczną mądrość, że przecież nie mamy władzy, by przełamać granice niebios i ziemi. I niczym Kriszna Ardżunie, powtarza, że jedynie środkowy bieg istnienia jest przejawiony, początek i koniec – nie. Jednak szybko dodaje nam otuchy i zapewnia wraz ze świętym Pawłem, że kiedyś poznamy tak, jak sami zostaliśmy poznani…

Za kolejną imponującą przełęczą (Lachlung – 5060 m npm) coraz częściej napotkać już można pasterzy ze swoimi stadami kóz i owiec, którzy przemieszczają się sobie tylko znanymi ścieżkami po tym odludziu, o którym Pan Bóg chyba zapomniał, a na którym człowiek oddycha piersią tak pełną, że ma ochotę krzyczeć ze szczęścia. I krzycz sobie, człowieku, do woli, bo komu to przeszkadza?! Wykrzycz tłumione w swoich smrodliwych miastach instynkty, poczuj to pierwotne piękno, gdzie ani dróg, ani domów, ani nic! I jak się już do nieprzytomności swoim szczęściem upijesz, to w gościnę przyjmą cię do białych jurt, które wyglądają z góry, jak kapelusze gigantycznych grzybów, zbite w kępę na wielkim, kamiennym polu. Wewnątrz i wyśpisz się i najesz bez problemów. A że wszędobylska „cywilizacja” docierać zaczyna i tu, nie zdziw się, że przy starej jak świat jurcie przycupnie bateria słoneczna i satelitarna patelnia.

I tak, przemierzając tę krainę od wiecznych śniegów i lodowców, coraz niżej i niżej, przez kamieniste pustkowia, coraz niżej i niżej, wśród pastwisk i tarasowych poletek, niżej i niżej, zaczniemy mijać coraz więcej krzewów i drzew czepiających się skał, aż dotrzemy wreszcie do Himachal Pradesh, tutejszych Bieszczadów, tylko pomnożonych kilka razy. Ale to już zupełnie inna bajka!

MAREK PINDRAL

Możliwość komentowania jest wyłączona.