Mozart w czekoladzie

 

To była niedziela. Stanąłem na szczycie wzgórza, wyjąłem z torby aparat i zacząłem fotografować leżące pode mną miasto. Miasto, w którym, jak grzyby po barokowym deszczu wyrosły kapelusze kościelnych kopuł, robiąc sobie miejsce wśród starszych, szpiczastych kolegów. I nagle wszystko zadrżało, bo na wieżach rozkołysały się dzwony, wypełniając dolinę metalicznym bim bom, bim bom. Dźwięki biegły ze świątyń do gór, odbijały się od nich i wracały, mijając po drodze nowe. Miasto kąpało się w tym muzycznym kanonie przez kilka minut. Potem nastąpiła pauza, aż do następnego taktu, który za jakiś czas wskażą kościelne zegary.

Skoro w przyrodzie nic nie ginie, to być może i owe wibracje zostały w jakiś sposób zapisane na tutejszych murach. Te dzisiejsze i te z wczoraj. I sprzed dwustu, trzystu lat też. Być może wynajdziemy kiedyś urządzenie, które pozwoli na odsłuch dźwięków, tworzonych przez ludzi, zanim nauczyli się je rejestrować na płycie. Naukowcy, wyposażeni w taką aparaturę, mieliby w tym mieście pełne ręce i uszy roboty, bo właśnie tutaj mieszkała rodzina Mozartów.

 

Tego niezwykłego koncertu wysłuchałem ze wzgórza, na którym wzniesiono potężną warownię, która miała zapewnić bezpieczeństwo rządzącym tu arcybiskupom. To w zasadzie miniaturowa osada, bo za jej murami zbudowano nawet spichlerz, piekarnię i kuźnię. I aż trudno uwierzyć, że sielsko wyglądający dziś Salzburg miał tak burzliwą historię – najpierw osiedlili się tutaj Celtowie, potem władzę przejęli Rzymianie; w VII wieku, z polecenia władcy Bawarii, dotarł tu św. Rupert, zostając pierwszym biskupem i nadając miastu nazwę „Solny Zamek”, bo handel solą przynosił wtedy wielkie zyski.; pod koniec wieku XIV Salzburg uniezależnił się od Bawarii i został stolicą księstwa arcybiskupów, które obejmowało nawet część Tyrolu i Włoch; z kolei na początku XIX wieku, w ciągu zaledwie dziesięciu lat, miasto przechodziło z rąk do rąk aż trzy razy: najpierw zostało przyłączone do Cesarstwa Austriackiego, potem do Królestwa Bawarii i w końcu znów do Austrii; druga wojna światowa też nie ominęła Salzburga – w czasie alianckich nalotów zniszczono wiele domów, uszkodzeniu uległa nawet kopuła katedry (czasami zabytki niszczą też ambicje władców – arcybiskup Wolf Dietrich von Raitenau, żeby nadać miastu barokowy sznyt i upodobnić go do Rzymu, kazał wyburzyć kilkaset średniowiecznych kamieniczek).

 

Trudno też uwierzyć, że wojnę można prowadzić z powodu czekoladek. Tak jednak się stało za sprawą słynnej Mozartkugel, czyli „kuli Mozarta”. A zaczęło się dość niewinnie: pod koniec dziewiętnastego wieku salzburski cukiernik, niejaki pan Fürst, wytoczył pierwszą mozartowską kulkę z czekolady, za co dostał nawet medal na wystawie w Paryżu.

Co tak bardzo podziałało na francuskie zmysły? Najpierw sam kształt, bo żeby kulka nie była z żadnej strony płaska, umieszcza się ją na patyku, zanurza w czekoladzie i odwraca, żeby stwardniała; potem patyk jest wyjmowany i pozostałą po nim dziurkę wypełnia oczywiście też czekoladą. Pod jej warstwą kryje się jednak coś jeszcze – pistacjowy marcepan, pokryty nugatem. Na koniec całość owijana jest srebrno-niebieskim, błyszczącym papierkiem i uczta dla oczu i podniebień gotowa! Oczywiście wszystko robi się ręcznie do dzisiaj, jak zapewniają spadkobiercy Fürsta. Twierdzą też, że takich kulek powstaje u nich aż 1.4 miliona rocznie. Trudno się zatem dziwić, że na słodkie pokuszenie powiodły i innych producentów, tym bardziej, że nazwa nie została przez nikogo w odpowiednim czasie zastrzeżona. Rozpoczęły się więc wojny sądowe, najpierw I krajowa, a potem II światowa, zakończone, na szczęście, podpisaniem traktatów pokojowych. Zgodnie z ich postanowieniami, konkurenci firmy Fürsta, choć mogą używać jego przepisu, to jednak muszą posługiwać się nieco innymi nazwami. Dlatego na przykład firma Mirabell, położona niedaleko Salzburga, produkuje „Prawdziwe Salzburskie Kulki Mozarta”, bawarski Reber sprzedaje „Prawdziwe Mozartkugeln Rebera”, a szwajcarski Néstle – „Oryginalne Austriackie Kulki Mozarta”. Wojowników było oczywiście znacznie więcej, i to zarówno lokalnych, jak cukiernie Engljähringer czy Petrik, ale i tych, mających do dyspozycji większe armie, choćby niemiecki Lambertz.

Największe działa wytacza dziś jednak nie Fürst, ale wspomniany Reber, choć według konkurencji, kule, wystrzeliwane przez tę niemiecką firmę (pół miliona dziennie) nie są idealnie okrągłe.

Spodziewałeś się, panie Amadeuszu, że wokół twojego nazwiska toczyć się będą spory nie tylko muzyczne, ale i czekoladowe?! I to na taką skalę?!

 

A propos skali – kiedy przechadzając się wąską Getreidegasse, przy której się urodziłeś, zrozumiałem, dlaczego chciałeś się stąd wyrwać – tu było dla ciebie za ciasno. I choć po kilkunastu latach przeniosłeś się wraz z rodzicami do innego domu, tym razem przy niewielkim placu, to jednak i tam nie mogłeś złapać pełnego oddechu, bo wciąż krępowała cię liberia arcybiskupiego sługi. Książę arcybiskup zresztą chyba nie za bardzo cię lubił, ale władcy z reguły nie lubią niezależnych poddanych. A ty, na swoje „nieszczęście” zostałeś wbrew logice biskupiego Boga, obdarzony takim talentem! Tego nie można było tolerować! I tę swoją niezależność drogo potem przypłaciłeś, choć przetarłeś ścieżkę niezależności tak trwale, że urodzony niedaleko twojego drugiego domu Karajan miał już taką pozycję, że to z nim liczyli się premierzy i prezydenci, królowie i królowe.

 

Jednak Getreidegasse jest ciągle obecna w twoich nutach – muzycy przechodzą od jednego tematu do drugiego pełnymi uroku pasażami tak, jak pewnie kiedyś ty biegałeś z jednego podwórza na inne, zatrzymując się na chwilę przy drzwiach, ozdobionych wymyślnymi ornamentami. To mogą być muzycy z największych orkiestr świata, ale i ci, których spotykałem na tutejszych ulicach – bałałajkarze  z Rosji czy wystraszona rodzina z Bałkanów. Wszyscy kochają cię tak samo i wszyscy przy okazji chcą na tobie zarobić. A tobie, jak na ironię, za życia ciągle brakowało pieniędzy, bo prześlizgiwały ci się między palcami z taką samą łatwością, z jaką ty oddawałeś się życiowym uciechom. Ale od nich nie stronili nawet tutejsi arcybiskupi – wspomniany von Raitenau postawił dla swojej kochanki, z którą zmajstrował aż piętnaścioro dzieci, pałac, otoczony parkiem (dzisiejszy Mirabell), a Sitticus zlecił wybudowanie w ogrodach Hellbrunnu, w których roi się nie od posągów świętych, ale od pogańskich bogiń i satyrów, specjalnych fontann, które oblewały gości wodą w najmniej spodziewanych momentach. Byłeś w Hellbrunn i ty. Podejrzewam nawet, że bardzo ci się tu podobało, bo twoja muzyka przecież często tryska w eleganckich słuchaczy humorem.

 

Zresztą w Salzburgu nie tylko melomani wyglądają elegancko – wracając z Festung Hohensalzburg spotkałem młodych księży, spieszących na popołudniowe nabożeństwo, choć bez trudu mogliby też trafić na okładki żurnali mody – świetnie skrojone garnitury, idealnie ułożone i wypomadowane fryzury, subtelna woń kolońskiej wody. No, ale kto powiedział, że owi pasterze salzburskiej trzódki mają przyoblekać się w zgrzebne szaty?! Niezbyt pasowaliby wtedy do bogatych wnętrz tutejszych świątyń.

Ich przeciwwagą byli, z kolei, amerykańscy turyści, przyodziani w bawełniane T-shirty, krótkie spodenki i białe adidasy. Dla owych turystów zza Oceanu forma zarówno ich ciał, jak i tego, co na nich mieli była bez większego znaczenia. Mozart też. Oni przyjechali tu, żeby odbyć pielgrzymkę śladami „Dźwięków muzyki”, musicalu, opowiadającego o rodzinie von Trappów, która musiała uciekać z nazistowskiej Austrii. Owe dźwięki są dla nich bardziej strawne, niż mozartowskie, a fakt, że wydarzenia z filmu odbiegają od historycznej prawdy, nie mąci ich dobrego samopoczucia (zresztą shafferowsko-formanowski „Amadeusz” też ma w tym względzie trochę na sumieniu).

 

Następnym razem przyjadę tu zimą, kiedy miasto przykryje biała pierzyna śniegu (choć pewnie w Salzburgu wygląda, jak kołdra z eleganckiego hotelu). Przejdę się wtedy Getreidegasse w nocy. Światła wystaw będą już pogaszone, nie będą więc na mnie zerkać setki mozartowskich oczu, tych z pudełek na czekoladki, tych z kuchennych fartuchów, ani tych, reklamujących damskie majtki. Przechodniów będzie pewnie już niewielu, może nawet żadnego. Być może przez uchylone okno usłyszę Stille Nacht, Heilige Nacht, bo przecież współtworzył ją ksiądz, urodzony właśnie tutaj. Pójdę jednak dalej, do ciszy. Pójdę i dotknę mozartowskiej ściany. Może zadrga dla mnie?

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.