Khamu, Hmong i inni – u górskich plemion Laosu

Na zaspanych jeszcze uliczkach Luangprabang zaczęli pojawiać się pomarańczowi mnisi. Ranki są dla nich ważne, bo dzięki temu, czym wypełnią się wtedy ich miski, będą mogli przetrwać dzień bez burczenia w brzuchach. Dla tych, którzy im te miski wypełniają, takie poranki dają z kolei okazję do spełnienia dobrego uczynku i przygotowania sobie lepszego, następnego wcielenia. Dla mnie, z kolei, poranek to zawsze początek jakiejś podróży: do sklepu za rogiem, do pracy, albo tak, jak dziś – do dżungli.

Dżip podskakuje co chwila na wyboistej drodze, w baniakach bulgoczą zapasy wody, a w żołądku sadowi się miłe podniecenie, przyprawione szczyptą niepewności i zaciekawienia – jacy będą tutejsi górale, żyjący tak daleko od miast i tak blisko tego, czym ziemia była, zanim owe miasta powstały? I czy mieszkają tam, bo nadal chcą czy raczej dlatego, że nie mają innego wyjścia? Jedno pytanie goniło w mojej głowie następne, kiedy za oknem murowane budynki równie szybko ustępowały miejsca drewnianym chatom. Kiście małych, słodkich bananów, grzywiaste ananasy czy olbrzymie owoce drzewa bochenkowego (ich waga może dochodzić nawet do 30 kilogramów) zaczęły się w miarę pokonywania przez nas kolejnych kilometrów, przemieszczać po drogach nie w bagażnikach samochodów, ale wyplatanych koszach, które Laotańczycy zawieszają na długich kijach i z wielką gracją noszą na ramionach. Tu mała przestroga – owoce bochenkowca można łatwo pomylić z durianem (jest mniejszy i pokryty grubszymi kolcami). Obydwa są jadalne, z tym, że tego drugiego spotykają czasami szykany – niektóre hotele zakazują ich przynoszenia. Powód? Cóż, ciekawego w smaku miąższu (migdały? ser? cebula? sherry?) broni zaciekle zapach, który kojarzył mi się z tym, co może wydobywać się po kilku dniach z sera, umieszczonego w starej skarpecie, w której na dodatek padła z przejedzenia pazerna mysz. Wszystko ma jednak w przyrodzie swoje uzasadnienie – ten zapach musi się w dżungli przebić przez setki innych, żeby zwabić potencjalnych przewoźników nasion. Szczególnie pożądani są najwięksi „tragarze”, ze słoniami włącznie, bo nasiona przechodzą przez ich przewody pokarmowe praktycznie nietknięte i wydalane są ze sporym zasobem tego, co kiełkom będzie potrzebne do wzrostu.

Podróż samochodem dobiegła końca i plecak powędrował tam, gdzie mu najwygodniej, czyli na moje plecy. Yae, przewodnik z plemienia Hmong, maczetą wskazał kierunek marszu. Zatem w drogę!

Pod nogami chrupią wielkie, zeschłe liście, które drzewa tekowe zrzucają od listopada do stycznia, czyli w porze suchej, najlepszej do wędrówek po Laosie. Jeszcze sto lat temu ten kraj w prawie 75% pokryty był lasem. Dziś to jedynie 10% jego powierzchni. To skutek nie tylko rabunkowej wycinki (teczyna, ze względu na swoje właściwości wodoodporne, była chętnie wykorzystywana do budowy statków, wagonów kolejowych, mebli), ale i masowego wypalania drzew pod uprawy kawy, ryżu czy jednej z odmian maku, z której produkuje się opium (pogranicze Laosu, Birmy i Tajlandii, dzięki handlowi opium i heroiną zyskało zresztą przydomek „złoty trójkąt”). Dziś rządy tych krajów starają się nakłonić mieszkające na owych trudnodostępnych terenach plemiona do zmiany charakteru upraw, co daje już pewne efekty, szczególnie w Tajlandii i Laosie.

Gęsty las skutecznie chroni przed promieniami słońca, ale kiedy przechodzimy przez polanę czy pole uprawne, pieką dotkliwie. Po drodze mijamy staruszka z wielkim koszem na plecach i pięcioramienną, czerwoną gwiazdą na czapce. Poparcie dla Pathet Lao, partii komunistycznej, wzrosło tu szczególnie po amerykańskich nalotach dywanowych między 1965 a 1973 rokiem, będących odwetem za obecność Wietnamczyków na tych terenach. Kiedy dwa lata później komuniści przejęli ostatecznie władzę (Kaysone Phomvihan był wietnamskim protegowanym) aż co dziesiąty Laotańczyk zbiegł z kraju, a wielu górali, głównie z ludu Hmong, spotkały za antyrządowe przekonania brutalne represje. Przesiedlano wtedy całe wioski, próbując zapanować na lokalnymi rebeliami.

Docieramy do Nam Khan. Rzeka leniwie toczy swoje szare wody, w których dostojnie brną tak samo szare słonie z belami drewna w zaciśniętych trąbach (jeszcze dziś niektórzy używają starej, XV-wiecznej nazwy tego kraju – Lan Xang czyli Ziemia Miliona Słoni). Razem z kobietami w pasiastych spódnicach, kolorowych bluzkach i czarnych chustach na głowach (panny najczęściej nie zakrywają włosów), ich tobołkami i dziećmi przeprawiamy się na drugi brzeg. Łodzie, którymi płyniemy, są bardzo wąskie, przez co łatwo stracić w nich równowagę, więc „tyczkarz” (łódź odpycha się od dna długim, drewnianym drągiem) krzykami usadza wiercipiętów, przez których przechylamy się zbytnio raz na prawo, raz na lewo. Po drodze mijamy półnagich rybaków, zarzucających sieci z takich samych jak nasza, wąskich łodzi oraz poszukiwaczy złota, siedzących na mieliznach i przetrząsających z iskierką nadziei w oczach swoje sita. Na brzegach coraz mniej bosonogich chłopów, bo dżungla zaczyna schodzić bliżej rzeki, aż ostatecznie korzenie drzew zanurzają się w jej toni. Cisza…

Wyskakujemy wreszcie z łodzi i od tej pory możemy już liczyć tylko na transport własnych nóg. Na litość słońca (choć to przecież zima), nie ma co liczyć i już po chwili czuję się znów, jak maszerująca parówka, przypalana żarem z góry. Na szczęście po godzinie marszu znowu zanurzamy się w gęstwinę lasu. Ulga. Ale tylko na chwilę, bo ścieżka zaczyna prowadzić coraz bardziej pod górę, a dżungla z każdym krokiem gęstnieje. Parno. Z wędliny zamieniam się teraz w mokrą ścierkę. Pot zalewa czoło i oczy. Trudno fotografować. Sprawy nie ułatwia deficyt światła. Wszystko zmienia się jednak jak po zaklęciu szamana, kiedy wychodzimy na chwilę w otwartą przestrzeń – przed oczami i obiektywem mam wtedy zalane słońcem zielone morze, uformowane z wapiennych skał, porośniętych soczystą dżunglą. I tak, jak na prawdziwym morzu, owe górskie fale są i łagodne i wzburzone. Niektóre dawno temu wyskoczyły wysoko, ponad inne i tak zastygły… Pstryk, pstryk – karta pamięci gromadzi coraz więcej wrażeń.

Znowu pod górę. Błotnista ścieżka zamienia się w skalny szlak. Ja, w wodoodpornych, trekingowych butach z antypoślizgową podeszwą, a Yae … w klapkach. Zresztą po drodze mijałem ludzi, którzy nie potrzebowali żadnej ochrony dla swoich stóp, nawet przed ostro zakończonymi kamieniami – zwinnie (i szybciej niż my) dreptali do swoich wiosek, machając nam wesoło zza pleców. Mojego przewodnika właśnie rzuciła dziewczyna (wybrała bogatszego), więc trudno byłoby go nazwać chodzącą po dżungli radością. Na niewiele zdały się sugestie, że to w takim razie nie była miłość, tylko znana pod wszystkimi szerokościami geograficznymi kalkulacja.

Ciekawie relacje damsko-męskie rozwiązuje społeczność Khamu (właśnie wchodzimy do jednej z ich wiosek) – młodzi chłopcy mieszkają we wspólnym domu i składają nocne wizyty pannom na wydaniu. Kiedy w brzuchu dziewczyny pojawi się mały Khamuczek, rodziny zaczynają pertraktacje…

Siadamy, żeby coś zjeść. Rozglądam się dookoła – Khamowie budują swoje domy na drewnianych palach, ściany zrobione są z bambusowych mat i nie mają okien. Tradycyjnie powinny być w nich dwa pomieszczenia – jedno dla niezamężnych dziewczyn i drugie dla reszty rodziny. Kiedyś Khamowie traktowani byli przez Laotańczyków jak niewolnicy i choć dziś dochodzi coraz częściej do małżeństw mieszanych, to ludzie mają tu jednak wciąż silne poczucie więzi plemiennej – wspólnie pracują w polu (zbieranie ryżu to zadanie dla kobiet), a swoje tradycje przekazują z ust do ust w czasie wieczornych zgromadzeń przy ognisku. Z ust do ust wędruje wtedy także opiumowa fajka, dziś zastępowana coraz częściej tytoniową. Na szczycie wioskowej drabiny stoi starszyzna, która rozstrzyga ewentualne spory, ale poważaniem cieszą się też szamani i uzdrowiciele. Jest jeszcze wioskowy kapłan i rodzaj wójta, którego kandydaturę podsuwa rząd. Wielu Khamów wciąż pokrywa swoje ciała tatuażami, nie wyłączając kobiet – geometrycznymi wzorami zdobią ręce i nogi. Robią to nie tylko z powodów specyficznie pojętej estetyki, ale także z przyczyn religijnych, bo ich świat pełen jest duchów (hrroy poop i hrooy suu mogą zawładnąć człowiekiem i zamienić go w kogoś niebezpiecznego) i magicznych praktyk, z przepowiadaniem przyszłości i rzucaniem uroków włącznie. Khamowie wierzą też, że ducha ma dom, las, woda, pioruny, wiatr czy niebo. Podoba mi się takie postrzeganie świata, bo skłania nas do okazywania mu szacunku i pamiętania, że jesteśmy jednym, wielkim naczyniem połączonym. Połączeni jesteśmy nawet z duchami tych, co odeszli. Ci ostatni mogą nas jednak czasami niepokoić i dlatego Khamowie, wracając z leśnego pochówku do domów, zataczają dla ich zmylenia szerokie koła.

Kiedy kończyłem posiłek, z lasu wyszły nie duchy, ale trzech mężczyzn z karabinami na ramionach. To częsty tu widok – mogą być z plemienia Khamu albo Hmong (są nierzadko sąsiadami i wiedzą, że „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”), albo rządowymi strażnikami, starającymi się zapobiegać lokalnym waśniom bądź zwalczać kłusowników, albo owymi kłusownikami właśnie. Tych ostatnich spotykałem w czasie wędrówki najwięcej, bo mimo rządowego zakazu polowań na dziką zwierzynę, niełatwo ich złapać – tereny są trudno dostępne, a swoją ręcznie robioną broń chowają w dżungli. Poza tym Laos to wciąż jedno z najbiedniejszych państw Azji, więc te dzikie polowania na dziką zwierzynę stanowią nadal źródło urozmaicenia niezbyt wyszukanej, codziennej diety – czytałem raport, według którego w 1993 roku w jednym tylko miesiącu zmarło z głodu 30 Hmongów, wśród których większość stanowiły dzieci. Właśnie wioska Hmongów jest kolejnym celem mojej wędrówki.

Ruszamy. Maczeta raz po raz idzie w ruch, bo od co najmniej roku nikt nie wędrował tym szlakiem, więc zdążył już pozarastać. Gubimy ścieżkę, ale dość szybko odnajdujemy się w tym zielonym labiryncie. Pod nogami ślisko, bo idziemy teraz pod górę w strumieniu. Mokro w powietrzu, mokry ja, mokro pod nogami. Królestwo za coś suchego !

Pod wieczór schodzimy wreszcie w dół i spotykamy pierwsze od wielu godzin poletka, z pochylonymi nad ziemią postaciami w wielkich, plecionych kapeluszach na głowie. Jeszcze kilka podejść i zejść i będziemy na miejscu.

Hmongowie – pochodzą z Chin, skąd byli wypierani przez coraz bardziej ekspansywny naród Han. W XIX wieku dotarli do Laosu. Jak wszyscy górale, są dzielnym, zahartowanym ludem (powstawali m.in. przeciwko Francuzom). Dziś mają poczucie zapomnienia i wiele pretensji do Amerykanów. To w wielkiej części z nich właśnie CIA utworzyło tajną, antykomunistyczną armię pod wodzą generała armii królewskiej, Vang Pao, Hmonga z pochodzenia. Jej zadaniem było przerwanie szlaku, którym przez Laos docierała pomoc dla Wietkongu (kapitan Poshepny, mimo protestów swojej ambasady, płacił im po 5 tysięcy kip (około dwóch dzisiejszych złotych) od pary uszu zabitego komunisty) oraz pomoc amerykańskim lotnikom, zestrzelonym nad dżunglą. Kiedy w 1973 Amerykanie rozpoczęli ewakuację, zostawili swoich laotańskich sprzymierzeńców na pastwę komunistów (Vang Pao uciekł do Tajlandii, skąd potem wyemigrował do USA). Niektórzy się poddali, ale wielu kontynuowało walkę wierząc, że uda im się stworzyć własne królestwo. Rebelia Hmongów została zdławiona i ci, którym nie udało się uciec z kraju (uciekają zresztą nadal), zostali wysłani do obozów reedukacyjnych. Wielu z nich zmarło tam z wycieńczenia pracą albo z powodu ciężkich warunków życia. Dziś Hmongowie walczą często już tylko o przetrwanie.

Wchodzę do wioski.

Pierwsze, co rzuca się od razu w oczy, to potworna bieda. Goły chłopczyk chwyta moją butelkę z wodą i ucieka. Inne dzieci ściskają w dłoniach grudki lepkiego ryżu. Ubrania dziurawe, albo niedbale połatane, strasznie brudne. Przed chatami rodziny wyplatają zielone miotełki z gałązek, do sprzedania. Z czegoś muszą żyć. Stać ich na bardzo niewiele, nawet noże czy narzędzia do pracy w polu muszą wyrabiać sami. Żelazo wytapiają na miejscu, bo ich gleby są na szczęście bogate w jego związki. Są jednak ubogie w próchnicę (dużo opadów) i przez to niezbyt urodzajne i niełatwe do uprawy. Tę trudność dodatkowo komplikuje fakt, że nie wszystkie obszary zostały już przez saperów oczyszczone z niewypałów. Wiele łusek po amerykańskich bombach znalazło dziś zresztą swoje nowe zastosowanie: nabite na drewniany kołek są znakomitym kowadłem…

Słońce powoli chowa się za górami. Ktoś rozpala ognisko, kobiety przesiewają ryż. Do swoich brzuchów dorośli przywiązują kraciastą tkaniną małe dzieci…

Hmongów można podzielić na prawie 20 klanów, dzieci zostają automatycznie członkami klanu ojca, podobnie, jak ich matki, które zachowują jednak nazwisko rodowe. Co ciekawe, nie można poślubić członka tego samego klanu, ale np. krewnych, którzy należą do innego, już tak. Chłopak, jeśli upatrzył sobie kandydatkę na żonę, powinien ją porwać, po czym wysłać przez posłańców wiadomość do jej rodziców, że córka jest cała i zdrowa (ta ostatnia ma prawo zaprotestować i nie zgodzić się na owo raczej symboliczne porwanie). Członkowie klanu powinni zaopiekować się nią i dziećmi, kiedy straci męża. Wdowa ma też prawo do ponownego zamążpójścia. Są wtedy dwie opcje – poślubi któregoś z młodszych braci albo kuzynów męża, bądź też członka innego klanu, za wyjątkiem jej własnego, oczywiście. Tradycyjnie, kobieta zajmuje się karmieniem dzieci, dogląda zwierząt, pomaga w polu i przygotowuje posiłki. Te ostatnie powinna jednak spożywać dopiero po mężczyznach (są odpowiedzialni za duchowy i materialny byt rodziny) i gościach. Wydaje się, że to dalekie echo konfucjanizmu, który, choć nakazuje im szacunek, to jednak wyznacza kobietom niższą pozycję w społeczeństwie, bo pierwotni Hmongowie nie tworzyli takich hierarchii ważności.

Czczą duchy przodków, ale uważają też, że duchy zamieszkują zarówno świat żywy, jak i nieożywiony, np. wejścia do domostw. Żeby zjednać sobie ich przychylność, składają w ofierze żywność i specjalne pieniądze. Co ciekawe, utrzymują, że każdy z nas ma kilka dusz – główna odradza się po śmierci, inna wraca do domu przodków, jeszcze inna zostaje przy grobie zmarłego. Jeśli harmonia między nimi zostaje zachwiana, chorujemy. Starszyzna organizuje wtedy ceremonię, która ma nam zapewnić wewnętrzny porządek (urządza się je często także tuż po narodzinach dziecka). To nic nowego – my też przecież wiemy, że dolegliwości ciała są spowodowane jakimś jego rozstrojeniem, a porządek ducha jest i u nas  regulowany wieloma rytuałami. Różnią nas tylko narzędzia. To niewiele. Podobnie, jak i my, także i oni mają swoich wyspecjalizowanych łączników między światem widzialnym i niewidzialnym. Nie każdy może nim być, bo dusza szamana woli pozostać w rodzinie. Kiedy stara się przebić do nowego ciała, człowiek zachowuje się, jakby miał rozdwojoną jaźń, schizofrenię. Potem jednak będzie miał zdolność postrzegania w pełniejszym, niż pozostali, wymiarze. Taki bilet do podróżowania po światach jest, zatem wart posiadania.

Po świecie ziemskim z całą pewnością bardzo szybko przemieszcza się też gra, wynaleziona przez Chińczyków – biega się w niej za piłką, którą trzeba kopnąć między dwie sztachety przeciwnika. To nic, że czasami nie ma trawy – czerwone klepisko wystarczy. To nic, że brak koszulek i szortów. Kto by się też przejmował, że nie ma bramek, ani nawet porządnej piłki?! Jest kilku umorusanych maluchów, jest szmacianka i chęć zabawy, bo widownia, choć jednoosobowa, jest dziś międzynarodowa (czyli ja). Gooooool!

Umywszy się lodowatą wodą z górskiego strumienia, zaciągnąłem nad sobą moskitierę, wtuliłem w gruby koc i zacząłem zastanawiać, co przyniesie kolejny dzień. Wędrując po świecie od lat wiem, że przyniesie wiele nowych wrażeń. Ale czy będą aż tak odmiennie od tego, czego doświadczam gdzie indziej? Czy ludzie będą na prawdę aż tak inni? Czy ich pragnienia będą się różniły od moich? Chyba nie, bo przecież wszyscy mieszkamy w tej samej dżungli…

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.