Gdzie przepowiedziano mi śmierć

Bangalur – najszybciej rozwijające się miasto Indii, które dzięki inwestycjom w przemyśle informatycznym zyskało miano hinduskiej „doliny krzemowej”. Mekka tutejszych yuppies. Jednak i w tym, tak bardzo prozachodnim mieście, kiedy chcemy wybrać się na basen musimy sprawdzić, w jakich godzinach wpuszcza się mężczyzn, a w jakich kobiety. Czyli jednak typowa dla Indii mieszanka – nowe sąsiaduje z silnie zakorzenioną tradycją, a bogactwo z biedą (slumsy są i tu nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu).

Mnie także przygnała tu chęć skosztowania pewnej nietypowej mieszanki, pewnego bardzo specyficznego połączenia przeszłości z przyszłością…

Mieszkałem wtedy kilkadziesiąt kilometrów od Bangaluru, więc ową podróż w czasie (słownie: w czasie) rozpocząłem dość prozaicznie od wynajęcia samochodu i przypisanego mu kierowcy. Ów kierowca myślami podróżował także chyba nieco z dala od naszej przyziemnej trasy, bo w samym centrum miasta wjechał pod prąd innym posiadaczom czterokołów, co, niestety, nie umknęło bacznej uwadze policjanta (stał na wysokim cokole i wymachiwał rękami na wszystkie strony, niczym wieloręki bóg-opiekun ulicznego porządku). Szofer, wezwany podobnym we wszystkich częściach świata, nieznoszącym sprzeciwu policyjnym gwizdkiem, pokornie wszedł na stopnie zadaszonego przybytku pana i władcy owego feralnego skrzyżowania i rozpoczęły się gorączkowe pertraktacje. Brano pewnie pod uwagę rozmaite opcje kary, z których ostatecznie wybrano, ku mojemu zdumieniu, taką oto: kierowca, nie bez pewnego ociągania (wiedział, że pilnie przyglądam się całej scenie), odwrócił się do policmajstra plecami i nieco pochylił; ten z kolei sięgnął po bambusowy kij i … kilka razy zdzielił nim obwinionego.  Spuściłem wzrok, żeby nasze męskie spojrzenia się nie spotkały, bo wiem, że bolałoby to go jeszcze bardziej …

Po owym przyspieszonym kursie nauki jazdy, ruszyliśmy w stronę miejsca, gdzie na palmowych liściach spisane są ponoć losy wszystkich ludzi świata.

Biblioteka Liści Palmowych liczy sobie, jak „chce wielu” (zwrot ten, podobnie, jak „mówi się”, „przypuszcza się” dość wygodnie asekuruje w kraju takim, jak Indie) ponad 5 tysięcy lat! Jak powstała? Hinduski mędrzec, Shuka Nadi, odnalazł podobno (o, kolejny, przydatny tu wyraz) klucz do „pamięci świata” i dzięki temu mógł penetrować losy i przeznaczenie całych pokoleń ludzkości. Ową wiedzę, jak to zwykle w takich przypadkach bywa,  przekazywano najpierw ustnie, a dopiero potem w formie pisemnej. Biblioteka bangalurska składa się ponoć  z 3665 wolumenów, a każdy wolumen to 365 „kartek” (podłużne prostokąty, zapisane po obu stronach tekstami w języku starotamilskim). Zatem wiedza o wszystkich, którzy się kiedykolwiek na ziemi pojawili w jakiejkolwiek postaci (lub kiedykolwiek pojawią) zmieściła się na 1.337.725 liściach. Liczba z jednej strony imponująca, ale zważywszy na skalę „problemu” mogąca też świadczyć o tym, że jesteśmy jedynie dającą się przewidzieć wersją jednej z matryc. Co ciekawe, Gunjur Sachidananda Murthy, obecny „przekaźnik” owej wiedzy na swoim listowniku (na wizytę trzeba się umawiać, najlepiej z miesięcznym wyprzedzeniem) używa określenia „Sri Shuka Nadi Interpreter” czyli tłumacz, albo jeszcze lepiej – interpretator owych tekstów, których słowa posiadają wiele znaczeń, a muszą być przecież połączone w jakąś spójną, logiczną całość. Zadanie podwójnie niełatwe, bo musi być pewnie także dobrym psychologiem i uważać, żeby ci, którzy do owych wizyt w Bibliotece przywiązują wielką wagę nie czuli się zbytnio ubezwłasnowolnieni wiszącym nad nimi fatum. Lepiej, zatem, powiedzieć nieco mniej, niż za dużo …

Miejsce spotkania okazuje się niewielkim pokoikiem z jeszcze mniejszą poczekalnią (nie wiem, jak wygląda właściwa część Biblioteki, niech więc  moja wyobraźnia kreuje ją według wzoru z dziecięcych wyobrażeń – to na pewno musi być labirynt spowitych pajęczyną korytarzy, tajemniczych przejść, wiekowych regałów). Owemu oderwaniu od dającej się ogarnąć rzeczywistości ciągle jednak przeszkadza nieustający warkot samochodów i rozklekotanych riksz, dochodzący zza okna. Może będzie lepiej, kiedy przybędzie strażnik tych wszystkich tajemniczości. Niestety, nie było lepiej – pojawił się przede mną korpulentny jegomość, raczej urzędnik, niż ten, któremu powierzono interpretację losów świata. Był jednak spowity w białą szatę, a to już coś! Ciekawe, czy ów Charon weźmie ode mnie stosowną opłatę za zstąpienie do czeluści wszechświata. Na razie nic o tym nie wspomina.

Pytam, czy mogę całe spotkanie nagrać na dyktafonie. Mogę. Przyciskam zatem guzik i rozpoczyna się moja podróż do tyłu i do przodu (jak daleko sięgnie? od którego punktu się zacznie? na jakim skończy? a w ogóle co z pojęciem początku i końca? ma jakiś sens? i co w ogóle ma sens? – w mojej głowie pytanie goni pytanie, bo do tej pory na żadne z nich nikt nie udzielił mi wiarygodnej odpowiedzi). Losman (tak, z polsko-angielska, nazwałem sobie owego człowieka od losów) zaczyna mamrotać mantrę, wycisza się. Wyciszam się i ja. Nie na długo jednak, bo za chwilę przez prawie pół godziny moje uszy będą bombardowane głośnymi wyrazami, w zamierzeniu mającymi być chyba językiem angielskim. Potrzebuję więc nieco czasu, żeby przestawić się na tory hinglish, a w razie czego będę miał przecież kasetę magnetofonową (jak się potem okazało, odsłuchałem ją dopiero kilka lat po owym seansie – obojętność, która pozwoliła mi sprawdzić wiarygodność niektórych przewidywań).

Pada pytanie o datę urodzin. W nagrodę dowiaduję się, z dokładnością co do jednego dnia, jak długo już bawię na ziemi w obecnym wcieleniu. Robi wrażenie! Choć z drugiej strony – wcale nie sprawdziłem, czy to się zgadza. Potem Losman pyta mnie o najbliższych, to znaczy kieruje do mnie zdania twierdzące, jedynie intonacją prosząc o ich potwierdzenie. Kilka razy pudłuje, ale to ponoć nic takiego, bo ten mały wywiad ma jedynie pomóc w wyborze właściwego liścia. OK., niech i tak będzie … Zaczynamy właściwy seans.

Na pierwszy ogień „lecą” planety – jaka patronowała moim narodzinom, pod wpływem których będę w różnych okresach mojego życia i która będzie przy mnie, kiedy będę kopał w kalendarz. Warto wiedzieć, że astrologia powraca w Indiach do łask nawet uniwersyteckich, choć u nas ciągle jeszcze kojarzy się z horoskopami w gazetach dla pań, zbliżonych do kregów magla. A przecież jak się człowiek choć trochę nad tym zastanowi, to łatwo tego nie zaneguje – przecież, kiedy wstajemy z łóżka lewą nogą, nie trafiając we właściwy kapeć trochę się irytujemy. Trochę poirytowani, zaczynamy małą szamotaninę. Mała szamotanina zabiera nam trochę czasu, ów czas staramy się nadrobić przyspieszonymi ruchami, w pośpiechu potykamy się i uderzamy o kant łóżka. Rozcinamy sobie brew, trzeba chyba założyć szwy. Nie idziemy do pracy, jedziemy na pogotowie. Tam okazuje się … No, może tu zakończę. A wszystko to przez z pozoru małoznaczący fakt małoznaczącego ruchu małą nogą. A co dopiero wielkie ruchy wielkich planet! Chyba rzeczywiście ich układ nie pozostaje dla nas bez znaczenia; po prostu jesteśmy ofiarami współczesnej, zubożonej wiedzy zachodniego świata, która ciągle zwleka z łączeniem wielu elementów, choć dopiero ich suma daje o wiele pełniejszy obraz naszego „tu i teraz”.

W wieku 24 lat zostałeś nauczycielem” słyszę od Losmana. Trafił, choć nie w dziesiątkę, bo studia ukończyłem rok później. Ale zaraz, zaraz – przecież faktycznie zacząłem dawać lekcje już wcześniej, więc jednak trafił w dziesiątkę. Ale zaraz, zaraz – przecież chyba wszyscy studenci na świecie w tym wieku udzielają komuś lekcji, więc można to powiedzieć o każdym i prawie zawsze będzie się zgadzało. Mój zapał zaczął się trochę studzić. „Dwa lata temu zmarła ci babcia”. Stary, trafiłeś bezbłędnie ! Ale zaraz, zaraz, przecież komuś w moim wieku z reguły ktoś umiera i najczęściej są to właśnie dziadkowie (kurcze, może sam otworzę w Polsce podobny gabinecik). „Około trzydziestki zrobisz doktorat”. Pudło, pudło, pudło!* Chyba wyciągnął zbyt pochopne wnioski, zapatrzony w moje okulary. A potem Łaskawca Losu rzucił mi prosto w twarz… datę śmierci. Szkoda tylko, że o trafności owej „wróżby” będę mógł się przekonać dopiero w okolicznościach własnego pochówku.

Będziesz pisał o duchowości i filozofii”. Fakt, zdarza się, punkt dla niego. Choć z drugiej strony – czy to takie trudne do przewidzenia w przypadku kogoś, kto podróżuje po Indiach i odwiedza takie przybytki, jak to? Obok mnie stała pokaźna torba ze sprzętem fotograficznym, więc nie zaskoczył mnie też stwierdzeniem, że będę  „pomagał ludziom kolorami”. Ach, ta moja zachodnia zdroworozsądkowość! „Kobietę będziesz miał 8, 9 lat młodszą od siebie” (nieźle, pomyślała moja męska, szowinistyczna głowa), „spotkasz ją w ciągu najbliższych 20 miesięcy”. Nie spotkałem. Potem były opowieści o moich dzieciach i potrzebie kompromisu w naszym związku (a w którym takiej potrzeby nie ma?!).

OK.?” pyta po co drugim zdaniu. Odpowiadam, że OK., bo co innego mogę powiedzieć w konfrontacji z LOSEM?! Okazuje się jednak, że mogę go zmieniać, np. zapobiegać dolegliwościom, które mają mnie spotkać (nie było tego, na szczęście, zbyt wiele, a informacja o tych, które mogą mi się przytrafić w różnych okresach życia nie była zbyt odkrywcza – typowe dla każdego, kto uprawia jakieś sporty, albo będzie się starzał). „Makes sense?” pyta mnie równie często, jak „OK.?” „Makes sense”, odpowiadam ku wyraźnemu zadowoleniu Losmana, bo przecież wszystko ma jakiś sens, nic nie dzieje się bez przyczyny, a dzisiejszy ja to przecież suma najprzeróżniejszych elementów, owych kosmicznych, odwiecznych kapci. Szkoda tylko, że ów pra, pra początek wszystkiego jest prze nami ciągle ukryty i połamały sobie na nim zęby wszystkie systemy religijno-filozoficzne świata, które z braku laku karmią nas kaszką trudnej do wyobrażenia bezpoczątkowości i łatwiejszej do ogarnięcia bezkońcowości. Ale pewnie moja ciekawość nasyci się za chwilę eschatologicznymi odpowiedziami, bo oto Losman rozpoczyna wędrówkę wstecz.

Urodziłeś się kiedyś w Chinach” zaczął. „Uzdrawiałeś ludzi”. Hm, w tym wcieleniu właśnie się tam wybieram, czyli powinienem chyba napisać „znowu wybieram”. Nie da się ukryć, że ciarki trochę chodzą mi po plecach, kiedy to piszę. „Żyłeś też w rodzinie wojowników na południu Europy” (w tym wcieleniu bywałem tam też niezwykle często), „zawsze dążyłeś do pokoju, poległeś w boju”. W swoich podróżach po czasoprzestrzeni zahaczałem też o Etiopię (kraj, który mnie od zawsze pociągał; o rany, właśnie się zorientowałem, że użyłem słowa „zawsze”!), Egipt (astrologia), obowiązkowo Indie (tu, z kolei, nauczałem filozofii)… „Makes sense?” „Makes sense, makes sense” – potwierdzam, bo im dłużej żyję, tym mniej rzeczy wykluczam jako niemożliwe.

Z przeszłości szybko szybujemy w przyszłość – dowiaduję się, jaką mam misję do spełnienia i jak będę służył ludzkości (o tym na razie cicho sza!). Właściwie, myślę, nawet nie ja, tylko to, co jest sumą, wypadkową tego, co usłyszałem; karmię więc moją prywatną teorię o nieistnieniu wolnej woli („Bhagavadgita”  bez ogródek naucza, że od swojej natury nie uciekniemy, na pocieszenie dodając od razu, że czyn nią wyznaczony nie plami), bo zawsze jesteśmy czymś uwarunkowani (czy ocenianie kogokolwiek w jego obecnej, duchowo-cielesnej postaci, ma zatem jakikolwiek sens?) – szwy na czole były uwarunkowane potknięciem się, potknięcie się było uwarunkowane pośpiechem, pośpiech lewą nogą, lewa noga … A co zrobić z tą cholerną ciekawością i chęcią cofnięcia się do … No właśnie, nawet nazwanie tego stanu sprawia trudność. Mija już trzydziesta minuta z Losmanem, a tajemnica jak była tajemnicą, tak nią pozostaje. Może kiedyś? Może przy pomocy mantry, którą dostaję na koniec? Może przy pomocy intuicji, którą mam ponoć rozwiniętą ponadprzeciętnie? Może dzięki moim zdolnościom penetrowania czasu i przestrzeni, bo podobno świetne ze mnie medium? Może …..

Koniec. Zatrzymuję magnetofon, pstrykamy sobie z Gunjurem wspólne zdjęcie. Wręczam mu plik banknotów co łaska, wskakuję do samochodu, odjeżdżamy. Po pół godzinie nasz samochód się psuje. Psuje się, bo jest stary. Jest stary, bo na nowszy kierowcy nie stać. Na nowszy kierowcy nie stać, bo jest z biednej rodziny…..

MAREK PINDRAL

* Wielu tłumaczy takie pomyłki faktem, że liście muszą być co pewien czas przepisywane, a przy owym przepisywaniu pojawiają się coraz to nowe błędy. Apeluję zatem do skrybów – bądźcie bardziej uważni, bo igracie z ludzkimi losami i prawo karmy może was zamienić następnym razem w kleksy  …

Możliwość komentowania jest wyłączona.