Gdzie diabeł nie może, tam Wikinga pośle

Na Islandię przypłynąłem kompletnie pusty, bo to, co miałem w środku, zabrał mi w czasie sztormu Neptun. Pomyślałem wtedy o iryjskich mnichach, którzy między VI a VII wiekiem naszej ery przypłynęli tu na sto razy mniejszych konstrukcjach z … bydlęcej skóry i gałęzi. Nie trudno sobie wyobrazić, co wyprawiały potężne fale Oceanu z ich maleńkimi czółnami. Co więcej – nie mieli praktycznie żadnego doświadczenia żeglarskiego, wyposażeni byli głównie w swoją wiarę i pragnienie osiedlenia się w jakiejś otoczonej wielką wodą pustelni. Chciałoby się o takich mężczyznach powiedzieć „faceci z jajami”, ale, jako że chodzi o świątobliwych braciszków, chyba nie za bardzo wypada. Dicuil przytacza w swym „Opisie sfery ziemskiej” relację owych mnichów, wedle których od lutego do sierpnia było tam tak jasno, że mogli dostrzec … wszy na ubraniach. Jednak informacje o Wyspie można także odnaleźć o wiele wcześniej, bo już w IV wieku p.n.e. (!) grecki żeglarz Pytheas, twierdził, że dotarł na Thule, która miała leżeć na północ od Brytanii (dziś tradycja utożsamia ją właśnie z Islandią, choć nie jest wykluczone, że mogły to być Szetlandy, albo Norwegia). Skandynawowie zaczęli się tu osiedlać od IX wieku n.e. – Trafna-Flóki, zniechęcony ciężką zimą nazwał tę krainę Ísland, czyli „ziemia lodu”. W 874 Ingólfur Arnarson (Pierwszy Osadnik) zamieszkuje na południowym wybrzeżu Wyspy, a jego brat na południowo-zachodnim. Za nimi przypływają inni naczelnicy rodów wraz ze swoimi rodzinami i w  roku 930 na Islandii mieszka już ok. 25 tysięcy ludzi (dziś, z kolei, wielką imigracyjną falą spłynęli tu Polacy, druga obecnie nacja na Wyspie). W tym też okresie powstaje Althing (parlament), któremu przewodniczył tzw. głosiciel prawa. Choć w czasie obrad oprócz słów nie raz słyszało się szczęk broni, to Islandczycy są niezmiernie dumni z tak długiej tradycji parlamentaryzmu. Zresztą dumni są z wielu innych, historycznych powodów: np. jako pierwsi Europejczycy zapisywali dzieła nie po łacinie, ale w swoim ojczystym języku. O jego czystość dbają do dnia dzisiejszego, nie zaśmiecając obcymi naleciałościami (dzięki temu mówią najstarszym z żywych w Europie języków, niewiele zmienionym od czasów Wikingów). I tak np. komputer to tölva („tala” liczba + „völva” wieszczka), a tzw. pager to friðpjofur – złodziej spokoju! Zresztą słowo było tu w cenie od zawsze (Skaldowie to przecież poeci dawnej Islandii) – w długie, zimowe noce snuto sagi (opowieści), a liczba publikowanych współcześnie książek w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest tu wyższa, niż gdziekolwiek na świecie (żartują, że niedługo trzeba będzie postawić pomnik temu, kto odważy się niczego … nie stworzyć). Dumni są z pierwszej na świecie kobiety – prezydenta (pełniła swój urząd aż przez cztery kadencje), ze swoich miss świata (1985, 1988, 2005), ze swoich siłaczy (dwóch z nich aż cztery razy zdobywało tytuł najsilniejszego człowieka na ziemi), z Leifura Erikssona – odkrywcy Ameryki. Dumni są ze swoich wspaniałych koni – dla zachowania czystości rasy nie sprowadza się tu żadnych innych, a te, które raz opuszczą Islandię, nie mają już prawa powrotu. Ów zwierzęcy rasizm miał też, niestety, swoją ludzką odmianę – kiedy ponad pół wieku temu powstawała tu baza wojskowa NATO (sami Islandczycy nie posiadają armii, jedynie Narodową Obronę Cywilną), rząd próbował potajemnie wymusić na Amerykanach zakaz zatrudnienia personelu o czarnym kolorze skóry. Choć takie pomysły nikomu z polityków nie przychodzą dziś, na szczęście, do głowy to z przykrością trzeba odnotować pojawiające się ostatnio ekscesy nacjonalistyczne, skierowane przeciwko Polakom. Owych niezadowolonych musi być jednak na Wyspie niewielu, skoro Islandia od lat jest w czołówce rankingów na najszczęśliwszy kraj na Ziemi. Najszczęśliwszy, ale i chyba strasznie zapracowany, bo nie zawsze mający czas, żeby nacieszyć się swoim powodzeniem – jeśli przy kielichu (zakaz picia piwa zniesiono tu dopiero w …1989) ktoś zachowuje się „wesoło”, to pewnie jest Polakiem, Litwinem, albo Rosjaninem (słyszałem, że niektórzy pracodawcy zaczęli nawet kontrolować alkomatami przychodzących na budowy obcokrajowców). Choć i Wyspiarze nie są w tym względzie święci – kiedy zajechałem na nocleg do pewnego gospodarstwa, prowadzonego przez dwóch braci pastorów, na spotkanie wyszedł ten … mniej pijany.  Generalnie jednak czuć tu atmosferę rodzinności, o co nie trudno w kraju, którego populacja liczy tylu mieszkańców, co mniej więcej połowa Poznania. Dlatego nawet prezydent mówi do swojego szofera po imieniu, bo pewnie i tak są ze sobą skoligaceni, a stolica przypomina bardziej wielką wieś, niż metropolię (pewnym zgrzytem jest postawiony na wzgórzu i bardzo odcinający się od reszty kolorowej, niskiej zabudowy kościół Halgrímskirkja – choć sam w sobie ciekawy, to mąci swoim majestatem sielską atmosferę otoczenia). Choć trzeba przyznać, że ta „wieś” ciągle się rozrasta – sam widziałem rowery, parkowane z braku miejsca na … drzewach.  

Zresztą przypływa (ewentualnie przylatuje) się tu raczej nie dla miast czy miasteczek, ale dla wspaniałej, dzikiej przyrody. Po odludnych zakamarkach Wyspy (2 osoby na km kw.) najlepiej poruszać się dżipami, a że drogi są tu głównie szutrowe, przy stacjach benzynowych bez trudu znajdziemy punkt, gdzie można wymyć samochód. Raczej się tu nie zgubimy ani jako kierowcy, bo owe drogi przesadnie się tu nie krzyżują, ani w czasie trekingów – kraj porasta przeważnie krzewiastych rozmiarów brzoza i dlatego pół żartem, pół serio mówi się, że jeśli zgubiłeś drogę, to wystarczy, że … podniesiesz się z kolan (aż nie chce się wierzyć, że kiedyś Islandię porastały bujne lasy). Na terenach podmokłych rośnie wełnianka, z której wyrabiano knoty do lamp naftowych. I tu kolejna ciekawostka – to kraj tak bardzo proekologiczny, że do roku 2050 chce się uniezależnić od ropy i przejść na napęd wodorowy (notabene, w latach powojennych zaczęli osiągać dzięki rybołówstwu większy dochód w przeliczeniu na jednego mieszkańca, niż np. Arabia Saudyjska dzięki ropie właśnie). Poza tym, elektrownie wodne zaspokajają dziś prawie całe zapotrzebowanie energetyczne Wyspy. Trzeba przyznać, że natura bardzo hojnie obdarzyła w tym względzie Islandię, jakby starała się wynagrodzić trudy pierwszych osadników i obdarować ich potomków prawdziwym pogodzeniem wody i ognia – może na początku trochę trudno przywyknąć do zapachu siarki (a mówiąc wprost – zgniłych jaj) w czasie brania gorącego prysznica, ale zupełnie już to nie przeszkadza w czasie kąpieli w ciepłych jeziorach czy oczkach wodnych (zamiast np. zatłoczonej  Błękitnej Laguny polecam jakieś dzikie, otoczone ścianami gór, miejsca). Z wodą wiąże się coś jeszcze – pamiętam zdziwienie ekspedientki, kiedy na początku mojego pobytu zapytałem, gdzie stoją butelki z wodą mineralną. „Nie ma” usłyszałem. „Jak to nie ma?!” zapytałem nieco zdziwiony. „A po co?! Przecież u nas woda mineralna leci z kranów!” Fakt – lód pokrywa przecież aż 11% powierzchni tej młodziutkiej, bo liczącej sobie jedynie ok. 20 mln lat, Wyspy. To wtedy wulkany zaczęły wyrzucać lawę, z której powstała. Zresztą do dziś to jeden z najbardziej aktywnych wulkanicznie regionów świata (aż jedna trzecia wytworzonej na Ziemi lawy pochodzi właśnie z Islandii), a i sejsmolodzy też nie mogą się tu nudzić. Ziemia ciągle tu podryguje, coś z siebie wylewa, czymś tryska (od Stóri Geysir nazwę wzięło całe zjawisko). Mówiąc krótko – pokazuje, że jest ciągle żywą planetą, która wiele daje, ale wymaga też respektu.

A jak każda atrakcyjna kobieta, lubi też być podziwiana. Ma zresztą ku temu wiele powodów – lodowiec Vatnajökull to największa połać lodu poza obszarem polarnym (większy od wszystkich lodowców Europy razem wziętych), jezioro Jökulsárlón z dryfującymi po nim blokami lodu to zjawisko wręcz mistyczne, a wodospady Dettifoss i kaskadowy Gullfoss z przerzucania wody czynią od setek lat wielkie, dudniące widowisko (nie ma większych na naszym kontynencie). A propos kobiet – penetrując tereny wokół jeziora Mỳvatn natknąłem się na grupkę około dwudziestu motocyklistów w czarnych skórach, dosiadających swoich ryczących Harley’ow, Hond, Suzuk itp. Dopiero kiedy zaczęli na postoju zdejmować kaski, okazało się, że to … dziarskie kobitki, którym przewodziła …. Polka.  

Będąc w okolicy warto też zajrzeć w turkusową czeluść jeziora Viti (choć trzeba pamiętać, że jest to tzw. pozorny krater wulkaniczny) i powędrować po szczelinach na górze Krafla – tu można dosłownie poczuć i nosem (siarka) i dotykając dłońmi ziemi (ciepluteńka), że chadzamy po pokrywce, pod którą stale buzuje gorąca lawa. Na tej zastygłej, z kolei, przyszło mi nawet dwa razy nocować – widok zupełnie księżycowy: wprost na skamieniałych  „falach” ustawiono kilka żelaznych kontenerów. Atrakcja sama w sobie może niezbyt przytulna, ale poczułem się od razu, jak w domu z powodu stojącej w kącie lodówki marki … Amica. Potem, niestety, trochę przeklinałem te pola lawowe, bo  owa lawa nie zawsze zastygała w łagodnie pofalowane twory, czasami kilometrami ciągnęły się ostro zakończone labirynty ze szparami zbyt małymi, żeby postawić w nich stopę, więc siłą rzeczy trzeba było kilka godzin balansować na skalnych szpikulcach, co przypominało nie treking, ale balet, a za tym ostatnim nigdy nie przepadałem! Zresztą wędrując po Islandii patrzeć trzeba nie tylko pod nogi, ale też w górę. Szczególnie przestrzegam przed rybitwami popielatymi, bo atakują ludzkie głowy niczym małe meserszmity, choć najgorzej wspominam wędrówkę czarną plażą, wzdłuż klifów Dyrhólaey – pobiłem wtedy swój rekord w biegu z plecakiem na głowie, zaatakowany przez dwa kuliki wielkie (rozpiętość skrzydeł – ponad metr i co najgorsze – długaśny dziób). Prawdziwymi pacyfistkami są za to kaczki kamieniuszki, na których widok usta same wyginają się do uśmiechu. Podobne uczucie żywię też w stosunku do maskonurów i nie mogę zrozumieć, jak Islandczycy mogą zjadać te urocze stworzonka. W ogóle podniebieniowy gust mają nieco dziwny, no bo jak normalny człowiek może lubić rozkładające się mięso rekina (Hákarl), owcze głowy (Svi) albo baranie … jądra?! A popija się to alkoholem, zwanym Brenninvin, czyli … czarna  śmierć. Brrrr.  Ja wolę oglądać zwierzęta jak sobie hasają, fruwają czy pływają, niż wędrują po moim żołądku. Prawdziwej uczty dostarczyły mi tam wieloryby (wypływa się z Husavik) – po dwóch godzinach bezowocnych poszukiwań i zmieniania co chwilę kursu, żeby wyczuć, gdzie i kiedy pojawi się następna, tryskająca kilka metrów w górę fontanna, wreszcie blisko, bliziuteńko rozpoczął się morski balet tych kolosów, zakończony spektakularnym, ogoniastym pożegnaniem. Siedziałem sobie wysoko, w tzw. gnieździe, więc z owych pozbawionych krwi łowów przywiozłem trochę fotograficznych trofeów. Żałuję tylko, że nigdy nie udało mi się „ustrzelić” podskakujących fok (żyje tu połowa światowej populacji foki pospolitej) – zawsze działo się to tak  niespodziewanie i tak szybko, że na początku myślałem, że to fatamorgana, bo tej można doświadczyć nie tylko na piaszczystych pustkowiach, ale nawet tu, na islandzkich pustyniach polodowcowych. Naprawdę!

Mimo panującego na Islandii surowego klimatu (miejscowy dowcip powiada, że jeśli nie podoba się nam pogoda, to poczekajmy; za chwilę będzie jeszcze gorsza!) chciałbym tam kiedyś wrócić i tym razem dać nura w fale nowopowstającej muzyki, trochę nostalgicznej i surowej, jak sama Wyspa, ale tak samo, jak ona – niezwykle pociągającej.*

MAREK PINDRAL

*W tym niewielkim liczebnie kraju działa aż dziewięćdziesiąt szkół muzycznych, sześć tysięcy ludzi śpiewa w chórach, gra czterysta orkiestr (jednym z dyrygentów orkiestry symfonicznej w Reykjaviku był Bohdan Wodiczko)  i trudna do ogarnięcia ilość zespołów rockowych, jazzowych itp.

Poza uprawianiem muzyki, w wolnych chwilach bardzo lubią uprawiać sex – są na trzecim miejscu jeśli chodzi o ilość partnerów seksualnych (13).                                                               

Możliwość komentowania jest wyłączona.