Miłość z marmuru

Kiedy wróciłem ze swojej pierwszej wyprawy do Indii, najczęściej pytano mnie „A widziałeś Taj Mahal?” Odpowiedź była niezmiennie przecząca, bo starałem się unikać pocztówkowych widoków, a ten raził mnie chyba najbardziej, bo zawsze skąpany był przez fotografów w niebiesko-różowych wschodach albo zachodach słońca, a ponieważ w potrawach zbyt słodkich nie gustuję, nie umieszczałem owego dania w swoim menu. Jednak za drugim razem postanowiłem się przełamać i odwiedzić Agrę, dla świętego, towarzyskiego spokoju!

I nagle….

Już sam mur z czerwonego piaskowca, którym mauzoleum jest otoczone, robi wrażenie. Kiedy zacząłem zbliżać się do wewnętrznej bramy, za którą, u końca długiego, wąskiego stawu z fontannami, pyszniły się różowo-białe kopuły grobowca, ciarki zaczęły chodzić mi po całych plecach. Widziałem przecież ten obrazek, jako się rzekło, na setkach zdjęć, ozdabiał niezliczone pocztówki, kalendarze, okładki płyt. Byłem, więc, przygotowany. A jednak rzucił mnie na kolana i nie podnosił z nich do samego końca. Powalił swoją urodą i, choć majestatyczny, wydawał się niezwykle lekki, delikatny. W miarę zbliżania się do jego marmurowych ścian rósł, ale nie przytłaczał. Był niczym świadoma swej urody kobieta, w towarzystwie której można czuć się onieśmielonym, ale przy której chce się być. Makijaż kwietnych inkrustacji, ażurowych zdobień i zamaszyście nanoszonych cytatów z Koranu nie pozwalał nawet na sekundę oderwać oczu od tego pomnika miłości zastygłej w kamień.

Szach Dżahan rozpoczął jego wznoszenie już rok po śmierci swojej ukochanej żony Mumtaz, w 1632, a całość ukończona została dwadzieścia lat później. Budowa pochłonęła tak olbrzymie kwoty, potrzebne przecież do opłacenia architektów, materiałów, około 20 000 robotników, a nawet artystów z Europy, że nieszczęśliwy wdowiec został w końcu zdetronizowany przez własnego syna i osadzony w niedalekim forcie, skąd mógł spoglądać na mauzoleum małżonki, w którym sam też został potem pochowany (oboje spoczywają dziś nie w pięknie zdobionych grobowcach głównej sali, a w podziemiach Taj Mahal). Swój plan zdążył zrealizować, na szczęście czy też nieszczęście, jedynie w połowie, bo planował ponoć wybudowanie podobnego mauzoleum i dla siebie, tym razem całego z czarnego marmuru i położonego na przeciwległym brzegu Jamuny, a obydwa grobowce miał połączyć most. To się nazywa „mieć gest”!

Spokoju małżeńskiego snu strzegą cztery strzeliste minarety, lekko odchylone na zewnątrz, żeby w razie trzęsienia ziemi nie uszkodziły bajkowej konstrukcji, zwieńczonej kremowo-białą kopułą. Po wschodniej i zachodniej stronie tego marmurowego tortu stoją czerwonawe meczety, dające w swych wnętrzach nie tylko wytchnienie poparzonym stopom (chodzimy tu bez obuwia), ale i przyrządzające ucztę dla oczu, łącząc harmonię i szlachetność kształtów z misternymi zdobieniami, które mimo swej mnogości, nie powodują uczucia przesytu. Warto, więc posiedzieć tu chwilę i pokontemplować ujęty w łuk ciemnego wejścia biały kontur Taj Mahal. Co ciekawe – jeden z owych meczetów stoi tu wyłącznie dla zachowania symetrii, bo siłą rzeczy mihrab, czyli miejsce dla odprawiającego modły imama, nie może być zorientowany inaczej, niż w kierunku Mekki…

Zanim udało mi się dostać do wnętrza mauzoleum byłem kilkakrotnie zatrzymywany przez hindusów, którzy koniecznie chcieli robić sobie ze mną zdjęcia. I tak, zupełnie niechcący, stałem się dla nich dodatkową atrakcją i będą pewnie pokazywać moją białą twarz, ku rozbawieniu wszystkich, w pracy, domu i zagrodzie. A co tam, niech mają!

W środku mauzoleum poruszamy się wzdłuż koronkowej roboty ekranu, który otacza grobowiec, choć, jak wspomniałem, ciała spoczywają poniżej poziomu posadzki. Swoją miłość i smutek wypisał  Szach Dżahan kwiatowymi wzorami i inkrustacjami ze szlachetnych kamieni, żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, jak wielki był płomień jego uczucia. Szkoda tylko, że tak słono kosztowało podsycanie owych płomieni, skutkiem czego królestwo poczęło się chylić ku upadkowi. Ach, te baby!

Ciężko się takie miejsca opuszcza, korzysta więc człowiek z okazji i przysiada sobie jeszcze w cieniu parkowych drzew i chłonie, co się da, kodując wszystko w pamięci i aparacie. Siedzi i patrzy, jak małe grupki obleczonych w sari kobiet przysuwają się do tego namiętnego miejsca, które chwilami jest, a chwilami wydaje się tylko fatamorganą, utkaną z pragnień. Gdyby go nie było, pewnie trzeba by je szybko stworzyć, żeby miały gdzie pielgrzymować ze swych małych, ciasnych domostw, od garów i pieluch.

Wyszedłem z tego nieziemskiego miejsca inną bramą, niż przy wchodzeniu i od razu wróciłem na ziemię – brudne, pełne śmieci uliczki z byle jak skleconymi domami po obu stronach ledwo ubitej drogi. Aż strach pomyśleć, co tu się dzieje, kiedy zaczyna szaleć monsun. Zresztą i pomniejszy deszczyk potrafi z tych miejsc uczynić rynsztok. Tanie, ale smaczne jadło jest magnesem nie do pogardzenia, choć nie doradzam przyglądania się tzw. zapleczu. Grunt, żeby dobrze wysmażyli czy obgotowali, a napoje były oryginalnie zamykane. Nigdzie chyba indziej na świecie nie spotyka się takiego bogactwa kultury w otoczeniu takiego jej negowania.

Nie powinno się też, niech Allach broni, pominąć w Agrze fortu, który z powodu koloru piaskowca, jakiego użyto do budowy murów, nazwano Czerwonym. Powstawał między rokiem 1564 a 1574 dla Akbara, który z Agry uczynił stolicę mogolskiego imperium, ale jeszcze jego wnuk, wspomniany Szach Dżahan, upiększał to miejsce nieświadom faktu, że mości swoje własne więzienie, choć sądząc po budowlach w środku fortu była to raczej złota klatka, niż „pudło”.

Znowu stajesz Europejczyku z rozdziawioną gębą i twoja śródziemnomorska duma ulatuje, jak z przebitego balonu. Sam mur wysoki jest na 21 metrów, a jego długość sięga 2,4 kilometra! Do wnętrza wiodą cztery bramy, ja wszedłem używaną do dziś bramą Amara Singha, której po bokach strzegą dwie potężne, okrągłe wieże. Wkraczając do brzucha tego kamiennego cielca miałem wrażenie cofania się w czasie – w ogrodach siedzą mężczyźni w strojach niewiele zmienionych upływem czasu, a krużgankami przemykają kobiet w kolorowych sari. Tak samo przecież musiało być, kiedy Szach Dżahan spoglądał z tarasu nad Jamuną na odległy o dwa kilometry grobowiec swojej żony. Widziałem też niejedną parę siadającą na chłodnej posadzce i spozierającą na skąpany w słońcu Taj Mahal. Widok, jak z hinduskiej miniatury – między kolumnami, pod kamiennym łukiem, dwie, zacienione postaci na tle rozpalonego nieba z drżącymi od rozgrzanego powietrza kopułami mauzoleum. Aparat szedł od razu w ruch…

Fort, który spełniał funkcje obronno-pałacowe, to labirynt sal, dziedzińców, krużganków, tarasów, ogrodów z nieczynnymi dziś fontannami i wyschłymi stawami, a nawet meczetów, z Perłowym na czele. Mimo eklektyczności stylów wszystko łączy się tu ze sobą w harmonijną całość, dającą świadectwo radości tworzenia, wznoszenia, dobudowywania. Wiele sal ma swoje przedłużenia na zewnątrz, jednocząc ze sobą intymność środka z bezkresem nieba, słońcem, kwietnymi dywanami i szumiącymi kiedyś wodotryskami. Dzięki licznym kolumnom i ażurowym zdobieniom, jak choćby w dwóch salach audiencyjnych – Diwan-i Khas i Diwan-i Am, nie czułem się  przytłoczony ogromem tego kompleksu. Nawet otoczona galerią, ośmiokątna wieża Musamman Burdż, gdzie więziony był Szach Dżahan i skąd spoglądał na Taj Mahal (i gdzie dokonał swego żywota) to perełka architektury. Tuż przy niej znajduje się Szisz Mahal, ozdobiony lustereczkami pałac, służący do jakże orzeźwiających w tym klimacie kąpieli. O umiłowaniu życia i zbytku niech zaświadczą choćby same nazwy pozostałych budowli: Pałac Ryb, Ogród Przyjemności, Fajansowe Mauzoleum, , Ogród Winorośli. I kiedy wprawimy w ruch naszą wyobraźnię i przymkniemy nieco oczy, to z pewnością poczujemy słodki zapach olejków i kadzideł, usłyszymy dźwięki muzyki, łagodzące pałacowe intrygi i dostrzeżemy samotną sylwetkę nieutulonego w żalu wdowca, tęskniącego za swą ukochaną w niepowtarzalnych okolicznościach swego bajkowego uwięzienia. Źródła milczą na temat ewentualnych damskich ramion, w których mógł szukać zapomnienia i doznawać kamasutrycznych rozkoszy. I żeby czar nie prysnął, jak kolorowa bańka z mydła, pozostańmy i my w tej nieświadomości…

MAREK PINDRAL

Możliwość komentowania jest wyłączona.