Przedmowa (Introduction)

Sai Baba urodził się w roku 1926 w Puttaparhti, na południu Indii. Już od wczesnych lat dziecięcych przypisywano Mu nadprzyrodzone zdolności, z umiejętnością materializowania przedmiotów włącznie. Mając czternaście lat podjął decyzję o porzuceniu rodziny i szkoły, przybrał obecne imię i rozpoczął swoją misję. Oświadczył, że jest inkarnacją Szirdi Sai Baby (muzułmanina, który dzięki swojej mądrości i mocy czynienia „cudów” uznawany jest za świętego także wśród hinduistów), by w późnych latach sześćdziesiątych zadeklarować Swoją boskość, zaznaczając, że człowieczeństwo jest Jego udziałem jedynie po to, by ludzie mogli odczuwać z Nim pokrewieństwo i odkrywać dzięki temu także i swoją boską naturę. Według hinduistów żyjemy obecnie w okresie, zwanym kalijuga, czyli wiek żelaza, w którym następuje moralno-fizyczny upadek ludzkości (poprzednie to: satjajuga – złoty wiek prawdy, tretajuga – wiek srebrny i dwaparajuga – wiek brązu). Kres położyć ma mu ostatni z grupy awatarów naszej mahajugi (cykl czterech jug, liczący łącznie 4 320 tys. lat) – Kalki, przygotowując grunt do powrotu do satjajugi. Najbardziej znani są awatarowie Wisznu, a z nich szczególną czcią otaczani są dziś Rama i Kriszna, których Sai Baba uważa, obok Siebie, za reprezentujących pełnię Boga.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że po raz pierwszy awatar pojawia się w aż trzech, jedno po drugim, ciałach – wspomniany już Szirdi, obecny Sathya i następujący po Nim Prema Sai Baba, który, jak się przypuszcza, może pochodzić z rodziny o jeszcze innych korzeniach wyznaniowych. Okres ziemskiego życia każdego z nich ma wynosić 96 lat, a między kolejnymi zstąpieniami mają nastąpić ośmioletnie przerwy.

Tyle kontekst.

 

Czynnikiem, który zjednuje Sai Babie coraz liczniejsze rzesze zwolenników nie tylko w Indiach, ale i na całym świecie jest fakt, że nie tworzy On żadnej religii (w jego aszramie spotkać można symbole różnych wyznań) w myśl zasady, że na szczyt prowadzić przecież mogą różne ścieżki. Nie oznacza to wcale, że Sai Baba odżegnuje się od przebogatej tradycji filozoficzno-religijnej miejsca Swojego pochodzenia. Wręcz odwrotnie – czerpie z niej bardzo wiele, w czym przypomina tylu innych, znanych z dostępnej nam historii, przywódców duchowych. Podkreśla przy tym, że nie powinien dla nikogo stawać się celem samym w sobie, bo Jego zadanie to inspirować, a nie być rodzajem fetyszu. Ów aspekt duchowy ma, rzecz jasna, i swoje konkretne przełożenie materialne – napływające datki wielbicieli Mistrza przeznaczane są nie tylko na powiększanie i utrzymywanie aszramu, ale i na budowę szkół, szpitali, wodociągów itp. Szczególnie ze szkolnictwem, kładącym nacisk także na wartości duchowe, wiązane są wielkie nadzieje w tym niebywale skorumpowanym Kraju. Zresztą w Jego systemie wartości takie pojęcia, jak Ojczyzna, Społeczność, Rodzina, coś co można by skrótowo nazwać „tu i teraz” zajmują niezwykle ważne miejsce. Przychodzi w tym kontekście na myśl uwaga Willigisa Jägera, który zauważył, że jeśli nasza ścieżka duchowa nie prowadzi nas z powrotem do rzeczywistości, to znaczy, że prowadzi nas na manowce.

 

Swoją „ofertę” duchową Sai Baba lubi często nazywać „Religią Miłości” zwracając tym samym uwagę, że jeśli stanowi Ona podstawę każdego naszego działania, wszelkie różnice kulturowe nie mają wtedy najmniejszego znaczenia. Wpisuje się tym samym i w buddyjskie współodczuwanie ze wszystkimi istotami, jak i w powtórzone przez Jezusa starotestamentowe zalecenie o miłowaniu Boga ze wszystkich swoich sił, a bliźniego, jak samego siebie. Nawiasem mówiąc – druga część owego przykazania wydaje się jedynie przypomnieniem, a nawet nosi znamiona ostrzeżenia przed pokusą i skutkami monopolizacji jakiegoś wybranego obrazu Boga, bo przecież powinna być naturalną konsekwencją części pierwszej.

Owa „religia” wychodzi też naprzeciw naszej odwiecznej tęsknocie za miłością doskonałą, która nie ma do nikogo i niczego o nic pretensji, w tym i o to, że jak zauważa choćby św. Paweł w swoim „Hymnie o Miłości”, zdolni jesteśmy poznawać jedynie po części. Jest cierpliwa i przetrzyma wszystko, bo stoi ponad naszymi wiarami i nadziejami. Miłość, która nie prowadzi z Bogiem i ludźmi handlu wymiennego, coś za coś. Jest, zatem, miłością ponad wszystko, czyli siłą rzeczy – „nieludzką” i „bezbożną”, bo nieosadzoną w żadnych uwarunkowaniach. Doskonałością, z nadejściem której zniknąć ma to, co jest tylko częściowe. Wielu z nas wątpi jednak w możliwość istnienia Ideału, bo w zbitce pojęć „istnienie” i „ideał” dopatrujemy się sprzeczności. A jednak wszędzie tam, gdzie dane nam było się pojawiać, bez względu na rozdzielające nas przestrzenie, tworzymy koncepcje rajów, owego „potem”, które, co ciekawe, jest jednak zawsze uwarunkowane naszym „tu teraz”.

 

Co, w takim razie, począć z owym „tu i teraz”, które nieustannie prowokuje nas do zadawania tylu pytań, jak choćby – czy to, co arbitralnie zwiemy „dobrem” istnieje w tym przedziale, bo istnieje też „zło” i czy jest ono w takim razie konieczne, bo bez tego punktu odniesienia niemożliwe byłoby to pierwsze?! Staramy się na różne sposoby tłumaczyć sobie ową zastaną rzeczywistość i wplatać ją, w miarę naszych możliwości, w jakieś „potem”, które z jakimś „przedtem” tworzą CAŁOŚĆ, której chcielibyśmy, pełni nadziei, ufać. I nawet, jeśli naszą zachodnią linearność postrzegania uzupełnimy o wschodnią koncepcję toczącego się koła, na którym nasz „punkt”, choć cały czas w ruchu, to jednak cofa się przed zatoczeniem kolejnego kręgu, czy nawet podejmować będziemy, znów – w miarę naszych możliwości – próby bezpojęciowego „roztapiania się”, będzie to ta sama próba nawiązania kontaktu, chwycenia DŁONI w dłoń, spojrzenia twarzą w TWARZ. Owe poszukiwania bywają czynione na oślep, intuicyjnie, albo metodycznie i wielu chce, żeby na końcu okazywało się, że to nasza DŁOŃ dotyka naszej własnej TWARZY, bo jak chce choćby Mistrz Eckhart – oko, którym patrzymy na Boga jest tym samym okiem, którym On patrzy na nas. Czyli ideał szukający siebie samego?! Dany nam rozum podpowiada, że to przecież absurd. Pęknięcia chcą się na powrót posklejać? Ideał nie mógł popękać, bo nie byłby wtedy ideałem! I w ten sposób dreptamy często w kółko, bo w każdej koncepcji da się bez większego trudu znaleźć nie jeden wyłom. Pewnie dlatego tylu duchowych nauczycieli odradza brnięcie w gąszcz „filozofowania” – można to nazwać asekuranctwem, a można podejść do tego zdroworozsądkowo – każda próba opisania NIEOGRANICZONOŚCI za pomocą ograniczonych znaków musi zawsze skończyć się niepowodzeniem, więc może najlepiej kończyć ją niedopowiedzeniem ? Przywołany tu wcześniej św. Paweł, pogodzony z ową cząstkowością naszego poznawania miał w tym względzie i poprzedników (choćby Bhagavadgita, w której czytamy, że jedynie środkowy bieg istnienia jest przejawiony, początek i koniec – nie) i kontynuatorów (Koran wyraźnie mówi, że nie mamy władzy, żeby przełamywać granice niebios i ziemi). Może, zatem, najlepiej rzeczywiście po prostu być, „tu i teraz”?

 

Wybór, dokonany przez Suman Govindan, której składam niniejszym gorące podziękowanie za bezinteresowność, odnosi się właśnie do owego „tu i teraz”. To zbiór 365 lapidarnych wskazówek, dzięki którym nasze „tu i teraz”, będące przecież wypadkową wielu, różnie przy tym pojmowanych, zbiegów okoliczności może, a nawet powinno stawać się TU I TERAZ. I nawet, jeśli uznamy owo nakazowe „ma” za nic innego, jak tylko kolejne zniewolenie, to z czasem zaczynamy, bez względu na różnice i wątpliwości, odczuwać korzyści z poruszania się wedle takiego właśnie, uniwersalnego rozkładu i nawet się nie spostrzegamy, kiedy owo „tu i teraz” zaczynamy pisać coraz większymi literami po drodze do TAM.

 

Marek Pindral

Możliwość komentowania jest wyłączona.